czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty siódmy

*2 TYG PÓŹN.*
*Harry* ( NASTRÓJ )

Wracamy!!! Świadomość, że już za kilka godzin ujrzę Camilę po całych trzech miesiącach jest czymś najwspanialszym na świecie... Siedzę obok Louis'a, wpatrzony w mijane widoki, uśmiechnięty od ucha do ucha. W głowie mam już ułożony monolog, którym wytłumaczę wszystko Cami... Myśl, że dziewczyna nie będzie chciała mnie
wysłuchać w tym momencie dla mnie nie istnieje... Mam dokładnie opracowany plan i nie przewiduję w nim żadnych zmian...Wprawdzie nie byliśmy ze sobą długo, ale jedno wiem na pewno, Camila nie potrafi się długo gniewać... Poza tym uwielbia wspomnienia, jest romantyczką, a także jest wrażliwa...Właśnie według tych "kryteriów" ułożyłem cały plan… Nie mam pojęcia czy to ze zmęczenia trasą czy przez bezsenne noce spowodowane różnymi koszmarami lub rozmyślaniem o Cam zrobiłem się bardzo senny. Powieki zaczęły same opadać, a kołysanie samochodu działało jeszcze bardziej usypiająco… Nie miałem pojęcia kiedy odpłynąłem…
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej taka myśl towarzyszyła mi w momencie kiedy wspinałem się po schodach do własnego pokoju. Trzy miesiące nie widziałem z okna mojego ulubionego widoku, trzy miesiące nie spałem we własnym łóżku… Jestem pewien, że każdy kto wraca z podróży ma podobne odczucia… Jednak na razie nie mam czasu, żeby się nad tym wszystkim rozczulać. Udałem się do łazienki w celu wzięcia szybkiego prysznica i przebrania się w mój najlepszy garnitur. O dziwo nie zajmuje mi to nawet piętnastu minut. W ekspresowym tempie opuszczam toaletę, zbiegam na dół i wychodzę z domu. Jadę samochodem do kwiaciarni co jakiś czas przeczesując nerwowo włosy… Z jednej strony się cieszę, że tak mała odległość dzieli mnie od spotkania mojej ukochanej, ale z drugiej strony odrobinę się stresuję… W mojej głowie pojawiają się obrazy płaczącej Cami po obejrzeniu wiadomości, w uszach dźwięczą wykrzyczane słowa… Czuję jak mój żołądek robi fikołka. Nie! Nie mogę się teraz wycofać… Jestem prawie w stu procentach pewien, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Staram się przestać myśleć i skupić swój umysł na drodze. Nim się obejrzałem znalazłem się pod kwiaciarnią. Wyszedłem z auta, zakupiłem największy bukiet czerwonych róż i znów znalazłem się w swoim samochodzie. Znajoma okolica sama sprawia, że wypatruję domu Cam. Po kilku minutach dostrzegam obiekt mojego zainteresowania. Parkuję przed budynkiem, wysiadam z samochodu, niemrawo pokonuję schody i skruszony pukam do drzwi… Przez chwilę nie dzieje się nic. Zrezygnowany, odwracam się powoli kiedy słyszę szczęk kluczy i w progu pojawia się moja ukochana. Na jej twarzy nie widnieje nic innego tylko ogromne zaskoczenie. Kiedy dociera do niej, że to naprawdę ja próbuje zamknąć mi drzwi przed nosem jednak ja niezrażony tym gestem powstrzymuję ją i klękam przed nią na kolana. Biorę głęboki oddech i wygłaszam przygotowaną wcześniej przemowę. Mówię o tym, że nigdy nie kochałem nikogo innego tak bardzo jak ją, że nie wyobrażam sobie dalszej przyszłości bez niej, że te trzy miesiące w trasie były najgorszym okresem w moim życiu. Po tym przechodzę do najtrudniejszego punktu mojej wypowiedzi, a mianowicie tego co stało się tamtej, pamiętnej nocy… Mimo mojego lęku wyznaję całą prawdę o tym jak przez Louis’a spiłem się niemalże do nieprzytomności, a kiedy się obudziłem leżałem już obok Caroline, jednakże nie jestem w stanie przypomnieć sobie czy doszło do czegoś między nami… I w tym momencie kończę mój monolog… Spuszczam głowę i ledwo powstrzymuję łzy cisnące się do moich oczu… Camila nie może dłużej stać obojętnie. Podnosi mój podbródek swoją delikatną dłonią i cichym głosem wyznaje, że mi przebacza, ponieważ kocha mnie najbardziej na świecie i również bardzo za mną tęskniła. Podnoszę się z kolan i porywam ją w swoje ramiona…  

*4 godz. później*

- Harry... - po tak długim czasie słyszę ten anielski głos, który szepcze moje imię... To jest niesamowite… Owszem miałem świadomość, że bardzo tęskniłem za moją ukochaną, ale nie wiedziałem, że sam jej subtelny głos może przyprawić mnie o zawrót głowy...
- Harry, do jasnej anielki, obudź się wreszcie!!! - otworzyłem oczy, ale nad sobą nie ujrzałem Cam… Wręcz przeciwnie powitała mnie rozwścieczona twarz Louis'a... Czyli to był tylko sen… Czyli wszystko co najstraszniejsze jeszcze przede mną... A już myślałem, że tak dobrze poszło... Zapewne nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojego rozczarowania… No nic… Przynajmniej zyskałem ogromną dawkę nadziei na to, że mój plan wypali. - Jak wolisz... Ja idę do domu... - ponownie usłyszałem głos mojego przyjaciela i poczułam jak jego ręka opuszcza moje ramię... Momencik... Czy on powiedział... do domu?? Zerwałem się z półleżącej pozycji i spojrzałem przez okno... TAAAAK!!! Moje oczy wreszcie ujrzały ten długo wyczekiwany widok jakim jest nasza willa!!! Wyskoczyłem z auta jak z procy i zacząłem wcielać plan w życie. Przemierzyłem schody najszybciej jak potrafiłem i wpadłem do swojego pokoju. Nie patrząc na nic rzuciłem torbę na środek podłogi i już po chwili znajdowałem się w swojej własnej łazience. W ekspresowym tempie zrzuciłem ubrania i natychmiast znalazłem się pod prysznicem. To takie wspaniałe uczucie kiedy strumień ciepłej wody zmywał ze mnie oznaki zaspania i zmęczenia. Gdybym tylko mógł zostałbym tutaj o wiele dłużej, ale dobrze wiem, że w tym momencie mam o wiele ważniejsze sprawy do załatwienia. Po dziesięciominutowym prysznicu, wytarłem swoje wilgotne  włosy i mokre ciało, a następnie z ręcznikiem owiniętym wokół bioder powędrowałem do swojego pokoju. Podszedłem do szafy w celu znalezienia swojego ulubionego, czarnego garnituru i białej koszuli. Na szczęście poszukiwania nie zajęły mi więcej niż pięć minut... Ubrałem się w szybkim tempie, spryskałem się perfumami i jednym słowem fizycznie byłem gotowy. Zbiegłem po schodach głośno tupiąc i jednoznacznie oznajmiając reszcie w jak dobrym humorze jestem... Założyłem buty i kiedy z kuchni wyjrzał Liam z jakimś pytaniem na ustach, mnie już nie było... Szybkim krokiem przeszedłem odległość dzielącą mnie od mojego samochodu... Wsiadłem do auta, zamknąłem drzwi i z piskiem opon ruszyłem do znajomej kwiaciarni...  Jechałem dość szybko i aż sam się dziwiłem, że nie spowodowałem żadnego wypadku... No, ale jakby nie patrzeć to trochę mi się śpieszyło. Nim się obejrzałem, znalazłem się pod znajomym budynkiem. Wszedłem do kwiaciarni i z uśmiechem przywitałem kwiaciarkę... Już miałem prosić o bukiet, kiedy dostrzegłem pod ladą usychającą błękitną różę, która wywołała u mnie lawinę wspomnień… Wtedy uświadomiłem sobie, że to właśnie te kwiaty sprawią największą przyjemność mojej ukochanej... 
- Poproszę bukiet błękitnych róż - powiedziałem uprzejmie, na to starsza kobieta spojrzała na mnie trochę smutnym, a trochę złośliwym wzrokiem i odparła:
- Niestety, ale już ich nie sprzedaję... - jej oschły ton przyprawił mnie o dreszcze...
- A mógłbym wiedzieć dlaczego? - spytałem niepewnie, kobieta znów zmierzyła mnie tym przerażającym wzrokiem...
- A dlatego, że już nikt ich tutaj nie kupuję... - coś mi tu nie pasowało... Dlaczego niby Camila miała zaprzestać swojego rytualnego kupowania ulubionych kwiatów jej mamy? To pytanie zaczęło się pałętać po mojej głowie, a ja nie mogłem znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi... W każdym bądź razie ta niepewność całkowicie odmieniła mój humor z ogromnej radości w przerażenie... 
- W takim razie poproszę bukiet czerwonych róż. 
Kobieta bez słowa odwróciła się i wyjęła z wiaderka ogromną ilość kwiatów i mi je podała... Zapłaciłem należność, pożegnałem się i wyszedłem z kwiaciarni... Z sercem na ramieniu i zaschniętymi ustami ruszyłem w stronę domu Camili... Dopiero teraz zaczęły do mnie docierać jakieś przebłyski tego, że coś w moim planie może nie wypalić... Mimo wszystko wciąż jechałem znajomą drogą... Po kilku minutach  zacząłem poznawać domy… Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i już parkowałem pod mieszkaniem Camili.  (ZMIEŃ) Wziąłem głęboki oddech i wyszedłem z auta. Posuwistym krokiem ruszyłem po schodach i niepewnie zapukałem do drzwi. Nie było żadnego odzewu, dlatego też postanowiłem zawrócić, ale właśnie w tym momencie usłyszałem przekręcenie kluczyka i skrzypnięcie klamki. O dziwo jak na razie wszystko idzie zgodnie z moim snem… No może oprócz tego bukietu, ale…To jeszcze o niczym nie świadczy prawda?? Nowa fala optymizmu zalała mnie od stóp do głów… Drzwi uchyliły się lekko, a w progu ujrzałem
ojca Camili... Szlag... Tego też nie brałem pod uwagę... Wydaje mi się, że jednak powinienem zrobić kilka wariantów tego mojego wspaniałego planu... Wziąłem głęboki oddech, przełknąłem głośno ślinę i zachrypniętym ze strachu głosem zacząłem mówić...
- Dzień dobry panie Evans... Czy zastałem Camilę? - brzmiałem tak żałośnie, że było mi samego siebie szkoda... Niestety nijak nie mogłem nad sobą zapanować... Ojciec Camili spojrzał na mnie ni to z pogardą ni z politowaniem, aż w końcu odpowiedział na moje pytanie:
- Witaj Harry... Camili nie ma w domu...
- A o której tak mniej więcej mogę się jej spodziewać? - spytałem już trochę pewniej... Jednak kiedy spojrzałem na mojego niedoszłego teścia, zamarłem, a przez moje ciało przeszedł lodowaty dreszcz... Ten zbolały wzrok i wymowne milczenie... Boże… Jedyne co mi przychodzi do głowy to... Ale ona nie byłaby w stanie tego zrobić... Nie z mojego powodu... Chociaż... Jeżeli kochała mnie tak bardzo, a ja ją skrzywdziłem to... Miałem wrażenie jakbym znajdował się na jakimś morzu czy oceanie podczas sztormu… Topiłem się… Ogromne fale rozpaczy pochłaniały mnie w całości… Jednak w najmniej oczekiwanych momentach pojawiał się przebłysk nadziei i udawało mi się wypłynąć na powierzchnię, by złapać oddech…
- Harry chyba się nie zrozumieliśmy... Camila wyjechała i nie ma zamiaru wracać do Londynu... - Nie jesteście w stanie nawet sobie wyobrazić co w tamtej chwili czułem... Po części mi ulżyło gdyż spodziewałem się najgorszego, a mianowicie w mojej głowie jedyną myślą był fakt że targnęła na swoje życie. Jednak z drugiej strony cios, który po raz kolejny rozerwał moje serce na kawałki... Wyjechała z Londynu... Uciekła… Nie chce mnie znać... Nie chce mieć ze mną nic wspólnego...  
Wiedziałem, że dalsza rozmowa z ojcem Cam nie ma większego sensu, dlatego podziękowałem za udzielone informacje, pożegnałem go, a następnie udałem się do domu Natalie... Kto jak kto, ale ona musi wiedzieć gdzie znajduje się Camila... A skoro posiada adres Cami to może łaskawie się nim ze mną podzielić… Może? MUSI!!! Nagle moja rozpacz zamieniła się w niepohamowany gniew. Jakim prawem ona stąd wyjechała? Owszem zraniłem ją, ale żeby od razu zostawiać wszystko i wszystkich? Dlaczego zachowała się tak niedorzecznie? Przecież jest świadoma tego, że nie odpuszczę dopóki jej nie znajdę. I nie mam zamiaru liczyć się z kimkolwiek… Jak dobrze, że Natt mieszka na tej samej ulicy. Dojazd na miejsce zajął mi zaledwie trzy minuty... Niemalże wybiegłem z samochodu, w trzech susach przemierzyłem schody i pięściami uderzyłem kilkakrotnie w ciemne drzwi... Natychmiast usłyszałem ciche stukanie obcasów i już po chwili w progu ujrzałem małą, zaskoczoną brunetkę... 
- Gdzie jest do cholery Cam? - spytałem bez żadnego powitania. Nie było na to czasu…  Dziewczyna patrzyła na mnie ogromnymi oczami i nic nie odpowiadała, a we mnie coraz bardziej wzbierała złość... - Natalie nie przyjechałem tu po to, żeby się na Ciebie poprzyglądać...
- Hha… Harry ja... - zaczęła się jąkać, a ja ledwo powstrzymywałem się od dalszych wybuchów... - Ja nie mogę... - No tak… Ta durna solidarność przyjaciółek... Szczerze mówiąc mało mnie to w tej chwili obchodziło... Złapałem ją za nadgarstki i popchnąłem w głąb korytarza tak iż uderzyła plecami o wieszak z kilkoma bluzami. Zacząłem krzyczeć... 
- Nie obchodzi mnie co sobie przysięgałyście!!! Rozumiesz?? Chcę ją odzyskać i nie
odpuszczę dopóki nie powiesz mi gdzie ona jest!!! 
Widziałem zbierające się łzy w jej oczach... W normalnych okolicznościach podziałałoby to na mnie łagodząco, ale w tym momencie nic nie było w stanie mnie opanować...
- Harry to boli... Puść mnie... - wyjęczała, a ja jeszcze bardziej wzmocniłem uścisk... Uwierzcie mi, że w tej chwili nie byłem sobą… I mimo tego, że gdzieś z tyłu mojej głowy tliła się myśl, aby przystopować z tą agresją, była zbyt mała i cicha, aby zapanować nad moim umysłem i ciałem…
-Ała... Harry jak się uspo... koisz to poga... damy... 
- Nie chcę rozmawiać... Chcę adresu Camili! – warknąłem.
- ODWAL SIĘ OD NIEJ!!! - usłyszałem za sobą znajomy krzyk Niall'a, ale za nim zdążyłem zareagować dostałem z pięści w nos... Natychmiast puściłem ręce dziewczyny i złapałem się za bolące miejsce.. 
- Nie odpuszczę tak łatwo... - wysyczałem i wróciłem do samochodu, po czym z piskiem opon ruszyłem przed siebie... Nie zwracałem uwagi na to, że z mojego nosa co jakiś czas kapią szkarłatne krople... Nie zwracałem uwagi na to, że moje dłonie zacisnęły się na kierownicy tak mocno, iż pobielały mi knykcie… Nie zwracałem uwagi na to, że z coraz większą siłą naciskam pedał gazu. Licznik wskazywał coraz większe liczby kilometrów na godzinę, ale im szybciej jechałem tym bardziej zaczynałem panować nad swoimi emocjami. Nagle dotarło do mnie w jaką furię wpadłem co jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło...  Będę musiał przeprosić Natt i na spokojnie z nią porozmawiać... I to jak najszybciej… To znaczy… Na pewno nie dziś… I ja, i ona musimy całkowicie ochłonąć… Zatrzymałem się gwałtownie na środku ulicy, ku wielkiemu niezadowoleniu pozostałych kierowców i zawróciłem w stronę mojego domu. Pomińmy fakt, że w przeciągu ostatnich trzydziestu czy czterdziestu minut złamałem kilkanaście przepisów. Na szczęście droga powrotna minęła mi szybko i w opanowanej atmosferze. Nim się obejrzałem dotarłem na naszą ulicę... W momencie kiedy miałem skręcić pod nasz dom, zobaczyłam, że ktoś już tam zaparkował... Samochód wydawał mi się dziwnie znajomy, aczkolwiek na tą chwilę nie miałem pojęcia czyją był własnością... Zatrzymałem się za nim i wysiadłem ze swojego auta. Szybko ruszyłem do domu, ponieważ musiałem zrobić sobie zimny okład na ten mój coraz bardziej obolały nos... Otworzyłem drzwi i wszedłem do domu.
- Harry to Ty? - usłyszałem głos Louis'a dobiegający z salonu... 
- Tak, a co?? - odkrzyknąłem udając się do kuchni. 
- Masz gościa... - powiedział cicho mój przyjaciel stojąc już w progu...  Nie mam pojęcia dlaczego, ale od razu twarz Camili pojawiła się przed moimi oczami... Owszem taka myśl, była kompletnie niedorzeczna, no ale zdesperowany mężczyzna potrafi wmówić sobie wszystko. Zostawiłem przedmioty, które zdążyłem już wyjąć i pobiegłem do salonu... Jednak kiedy tam dotarłem poczułem jednocześnie rozczarowanie, zdezorientowanie i przerażenie... Na kanapie siedziała Caroline i wyglądała jakoś tak inaczej... Przez dłuższą chwilę przyglądałem się jej, ale nie mogłem określić co jest w niej nie tak… Nagle moja głowa wyprodukowała jedno pytanie i zanim ugryzłem się w język moje usta już je wypowiadały…
- Przepraszam Cię bardzo a co Ty tutaj robisz? - spytałem, ale nie byłem pewien czy chcę znać odpowiedź... 
- Witaj Harry... Ja również się cieszę, że Cię widzę... Swoją drogą nieładnie to tak znikać bez wieści po upojnej nocy... – powiedziała kokieteryjnie, a ja czułem jak moja złość, którą zdołałem opanować kilkanaście minut temu powraca ze zdwojoną siłą…
- Wynoś się stąd... Rozumiesz? Wyjdź! - wrzasnąłem... Przysięgam, że ktoś za chwile może zginąć... I to z mojej ręki…
- Oj Harry... Harry... Rozluźnij się i najlepiej usiądź, bo mam Ci coś ważnego do powiedzenia... – odparła niczym niezrażona… Miałem ochotę podejść do niej i zacisnąć szczelnie swoje dłonie wokół jej szyi…
- Nie obchodzi mnie to co masz mi do powiedzenia... Zniszczyłaś mój związek z najwspanialszą dziewczyną jaką kiedykolwiek poznałem… Jeszcze Ci mało??
- Harry Twoje słowa mnie ranią, a nie powinnam się denerwować w moim stanie... - powiedziała z chytrym uśmiechem na twarzy. Miałem wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy…
- O czym Ty mówisz?? - spytałem zdezorientowany...

- O tym, że za pięć miesięcy zostaniesz tatą...
************************************************************************
Witajcie moi drodzy! Tak wiem, że to nie sobota, tak wiem, że pod poprzednim rozdziałem nie ma ani jednego komentarza, ale... Z racji tego, że nieuchronnie zbliżamy się do końca wakacji, a zarazem końca tego opowiadania wymyśliłam, że od dziś rozdziały będą pojawiały się codziennie... Epilog zostanie opublikowany w poniedziałek 31 sierpnia! Mi jest to bardzo na rękę, ponieważ od września zaczynam naukę w liceum, a także mam klasę dyplomową w muzyku więc chciałabym się temu oddać całkowicie... Nie wiem jak mi to wyjdzie... Możliwe, że nie wytrzymam i zacznę pisać nowe opowiadanie, ale tego jak na razie nie obiecuję! Będziecie mi musieli wybaczyć to, że prawdopodobnie w kolejnych rozdziałach nie pojawią się już żadne gify, a jeśli już to ich znikoma ilość... Mimo wszystko ja uważam, że najważniejsza jest treść, a nie obrazki... 
A teraz przejdźmy do rozdziału. Co o nim myślicie?? Chyba po raz pierwszy cały rozdział jest z perspektywy Harry'ego... Poza tym dużo się tutaj wydarzyło... Ja uważam, że wyszedł mi całkiem nieźle... No, ale nie moja opinia jest tutaj najważniejsza więc czekam na komentarze i lecę pracować nad kolejnymi rozdziałami ;) Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i "do jutra"! <3 

Aleksandra *o*