piątek, 28 sierpnia 2015

Rozdział trzydziesty piąty

*Narracja 3-osobowa*
Dni, które dla przyjaciółek miały być zbawienne, dla żadnej z nich nie przyniosły korzyści… Wprawdzie rozmawiały ze sobą i udawały, że nic się nie stało, jednak sytuacja pomiędzy nimi pozostawała napięta. Każda rozmyślała o tym, jak to wszystko naprawić, ale żadna nie wpadła na to, żeby jeszcze raz poruszyć ten temat i omówić go we względnym spokoju… Dlatego też dwudziestego dziewiątego grudnia dziewczyny rozstawały się z ulgą, a nie rozpaczą…
*Camila*
Dziś Sylwester… Nieprawdopodobne, że ten czas tak szybko leci… Wprawdzie nie wychodzimy z Ashtonem na żadną imprezę z wiadomych powodów, ale robimy takie rodzinne przyjęcie… Tym razem w willi ciotki… Wprawdzie mój tata się nie pojawi, a dziewczyny mają inne plany, to i tak wydaje mi się, że spędzę miło czas… Sam fakt, że będę w towarzystwie mojego narzeczonego wprawia mnie w bardzo dobry humor…
Z racji tego, że umówieni jesteśmy na dziewiętnastą, a jest za dziesięć trzynasta, postanowiłam chwilę poleniuchować, oglądając telewizję. Usiadłam na kanapie, włączyłam telewizor i zaczęłam przerzucać kanały. Kiedy już przebrnęłam przez całą serię programów dziecięcych, moim oczom ukazała się piątka chłopców z dobrze znanego mi zespołu. Oczywiście od razu przełączyłam na kolejny kanał, ale już po chwili wróciłam do poprzedniego… Ciekawość zawsze i wszędzie bierze górę… Szkoda tylko, że nie zawsze my dobrze na tym wychodzimy…
- Moi drodzy, to już ostatnie pytanie… - powiedziała prezenterka ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy – Dziś Sylwester, jak macie zamiar go spędzić?
Rozsądek podpowiadał mi, żebym wyłączyła telewizor, ale serce mówiło całkiem co innego… Moje oczy wpatrywały się tylko w jedną osobę… I kiedy mój umysł po długim i mozolnym zapominaniu tych zielonych oczu, tych kręconych, niemożliwych do ujarzmienia włosów, tego pięknego, szczerego uśmiechu, zaczął ponownie kodować wszystkie te cechy w mojej głowie, czułam jak z każdą chwilą moje serce znów się kruszy, a nawet zamienia w pył… Dlatego w momencie, gdy usłyszałam jego głos i wypowiedziane słowa „Ja i Caroline spędzamy tego Sylwestra wspólnie z jej rodziną”, nie wytrzymałam… Zerwałam się z kanapy z zamiarem rzucenia pilotem w telewizor, ale nie zdążyłam tego zrobić… Poczułam znajomy już, bardzo silny ból brzucha.  Nie zdołałam utrzymać się na nogach. Z głośnym jękiem osunęłam się na podłogę… Co było dalej? Nie mam zielonego pojęcia, bo od razu po tym straciłam przytomność…

***
Kiedy się obudziłam, znajdowałam się w całkiem nieznanym mi pomieszczeniu. Domyśliłam się jednak, że to jedna z sal szpitalnych… Jak tego dokonałam?? To nie było trudne… Pierwsze co rzuciło się w oczy, to biało – niebieska kolorystyka. Poza tym przy moim pierwszym świadomym wdechu poczułam charakterystyczny zapach drażniący moje nozdrza… Mimo tych „niedogodność” ogólnie czułam się lepiej…Ból brzucha nie był tak silny, chociaż… To trudne odczucie do opisania, ale skoro się już tego podjęłam to postaram się wytłumaczyć… No więc… Ten „ból – nie ból” co kilka minut wzbierał na sile, a później odpuszczał, ale tylko na parę chwil… I tak cały czas… Owszem, miałam już kiedyś podobną przygodę, ale tamtym razem nie zemdlałam… Teraz tak się stało i to mnie zaniepokoiło najbardziej… Rozejrzałam się po pomieszczeniu z nadzieją, że będzie przy mnie ktoś, kto zdoła mi jakoś wyjaśnić, co się ze mną dzieje. W sali, w której się znajdowałam, nie było innych pacjentów, za to obok mojego łóżka siedział zmartwiony Ashton i wpatrywał się w pustą przestrzeń…
- Co mi jest? – odezwałam się cichym, lekko zachrypniętym głosem. Nie trudziłam się pytaniami typu „gdzie ja jestem” czy „skąd się tutaj wzięłam”, gdyż jakby nie patrzeć, te informacje w tej chwili były wręcz zbędne… Spojrzałam pełnym niepewności wzrokiem na mojego narzeczonego… Wydał mi się teraz na jeszcze bardziej apatyczny… Co się dzieje?? Dlaczego nic nie odpowiada?  – Co z maleństwem? – spytałam coraz mniej pewna siebie… A on nadal milczał… Jakby w ogóle mnie nie słyszał… Miałam ochotę wstać i nim mocno potrząsnąć, tak żeby się ocknął, ale coś podpowiadało mi, iż każdy zbyt gwałtowny ruch może wywołać u mnie ten straszliwy ból, a tego nie chciałam doświadczyć… Poza tym uniemożliwiała mi to podłączona do mojego ciała kroplówka. Postanowiłam spróbować jeszcze raz. Zebrałam się w sobie i po raz kolejny zadałam pytanie tyle, że zwiększyłam siłę mojego głosu…
- Ashton co mi jest??
Udało się! Chłopak spojrzał na mnie ze skupieniem i po dłuższej chwili odparł…
- Cami… Hmm… Tylko spokojnie… - dlaczego on mi nie może powiedzieć tego od razu, tylko owija w bawełnę i jeszcze bardziej mnie stresuje… Z chwilą kiedy moje zdenerwowanie się nasiliło, aparatura obok mnie zaczęła szybciej pikać. Teraz przeraziłam się nie na żarty – Cam, uspokój się… i oddychaj głęboko… - nie miałam wyjścia… W zaistniałej sytuacji musiałam na razie zapomnieć o wyjaśnieniach… Zamknęłam oczy i powoli wciągałam powietrze nosem, a następnie wypuszczałam je przez usta… Po jakimś czasie ponownie usłyszałam głos Ashton’a.
- Nie wiem, czy to pamiętasz, ale zemdlałaś w domu… Twoja ciocia zadzwoniła po karetkę i przewieźli cię tutaj… Lekarze powiedzieli, że musiałaś się czymś zdenerwować, ale mimo wszystko postanowili zostawić cię w szpitalu na obserwacji, gdyż taka reakcja nie była jedną z najnormalniejszych. W dodatku masz nietypowo opuchnięte nogi, a nawet ręce…- w trakcie jego wypowiedzi zdążyłam otworzyć oczy i ujrzeć, jak z każdym słowem na jego twarzy pojawiają się kolejne minimalne zmarszczki, świadczące o tym, jak bardzo się martwi… Delikatnie położyłam swoją dłoń na jego ręce i uśmiechnęłam się… Szczerze mówiąc, z jednej strony kamień spadł mi z serca, ponieważ myślałam, że z moim dzieckiem jest coś nie tak, ale z drugiej… To nietypowe opuchnięcie i omdlenie, i obserwacje… Nie podoba mi się to… Mimo wszystko mam nadzieję, że w krótkim czasie to wszystko ustąpi i wypiszą mnie z powrotem do domu…        

*Narracja 3-osobowa*

Niestety tak się nie stało… Wprawdzie przez kolejne dwa dni u Camili nie działo się nic ciekawego ani podejrzanego… Jej stan nie uległ pogorszeniu ani polepszeniu… Ashton czuwał przy niej cały czas… W każdej wolnej chwili wpadała też ciotka… Ojciec Cam oraz jej przyjaciółki jak na razie nie zostali poinformowani, gdyż nikt nie chciał ich w żaden sposób denerwować i niepokoić… Jednak trzeciego dnia Camila poczuła się znacznie gorzej… Bóle brzucha, a raczej skurcze, były bardzo silne i regularne… Nie było mowy o jakiejś pomyłce… Rozpoczęła się akcja porodowa… Żadne leki, ani kroplówki nie spełniały już swojej roli… Lekarze w tamtej chwili byli bezradni. Decyzja o cesarskim cięciu została podjęta natychmiastowo…
Camila była przerażona… Ashton również… Owszem, starał się być opanowanym i wspierać Cam podczas przewożenia jej na salę porodową, ale głęboko w sercu trawiła go rozpacz, gdyż wiedział, że poród w szóstym miesiącu ciąży nie zawsze kończy się sukcesem… Te ukradkowe wymiany spojrzeń… Ten strach i niepewność widoczna na twarzach obojga… To wszystko działo się tak szybko… Nieuchronnie zbliżali się ku końcowi korytarza… Chłopak mocniej uścisnął dłoń swojej narzeczonej, spojrzał jej prosto w oczy, wypowiedział bezgłośnie dwa słowa: „Kocham cię” i dopiero wtedy był w stanie wypuścić jej drobną rękę… Lekarze wraz z jego ukochaną zniknęli za drzwiami… Minęła dłuższa chwila, zanim choć odrobinę odsunął się od przeszklonych drzwi z napisem „sala operacyjna”… Dopiero po upłynięciu dziesięciu minut, które dla niego były wiecznością, zaczął chodzić nerwowo po korytarzu… W tą i z powrotem, w tą i z powrotem…Czekał… Każda sekunda dłużyła mu się niemiłosiernie… W jego oczach kręciły się łzy… Jego wiara w to, że wszystko się uda była znikoma… Wiedział, że nawet jeśli poród się uda, to kolejne dni będą decydujące… Nawet nie zauważył, kiedy na tym samym korytarzu pojawiła się ciotka Cam, jej ojciec, a także Natt i Mandy… Jednak ich przybycie niczego nie zmieniło… A przynajmniej nie na lepsze… Wszyscy byli przejęci trwogą o Cami i jej maleństwo… Wszyscy przesyłali sobie pełne współczucia spojrzenia, ale nikt się nie odzywał… Milczenie w tamtej chwili było według nich najstosowniejsze…
Po czterdziestu pięciu minutach z sali wyszła pielęgniarka… Na jej twarzy widniał delikatny uśmiech. Wszyscy stanęli jak na komendę i czekali na to, co ma im do powiedzenia… Kobieta spokojnym głosem oznajmiła, iż Camila urodziła zdrową dziewczynkę… Wszyscy wiedzieli, że to jest zbyt piękne, więc kiedy dowiedzieli się, że wprawdzie maleństwo było zdrowe, ale ważyło zaledwie 850 gram i od razu po wykonaniu wszystkich potrzebnych badań musiało znaleźć się w inkubatorze, nie byli jakoś specjalnie zaskoczeni… Zaniepokoiło ich natomiast to, że pielęgniarka nie wspomniała nic o Cam… Na szczęście nie musieli długo czekać… Po kilku minutach mieli okazję ujrzeć, jak maleństwo przewożone jest na całkiem inne piętro… Zaraz za nim jechała jego mama cała we łzach… Nikt do końca nie wiedział, czy były to łzy wzruszenia czy wręcz przeciwnie… W każdym razie kiedy Camila znalazła się już w swojej sali wykończona wszystkimi przeżyciami i myślami kotłującymi się w jej głowie, zasnęła.

*Camila*

Nastał kolejny dzień… W momencie kiedy tylko się przebudziłam, oznajmiłam, że jak najszybciej muszę się znaleźć przy mojej córeczce. Nikt nie sprzeciwił się w żaden sposób… Razem z Ashton’em pojechaliśmy windą na drugie piętro, gdzie znajdował się oddział intensywnej terapii… To, co zobaczyłam na tamtej sali, było dla mnie czymś nie do wyobrażenia… Dookoła stały różne maszyny, które co jakiś czas wydobywały z siebie cichsze lub głośniejsze piknięcia… Na mikroskopijnej nóżce mojej córeczki paliła się jakaś czerwona lampka… Leżała tam malusieńka, nagusieńka, taka bezbronna… Pod jej niemal przezroczystą skórą widoczne było każde najmniejsze naczynko krwionośne… W tamtej chwili załamałam się jeszcze bardziej… Wczoraj pod wpływem leków i narkozy to wszystko nie docierało do mnie tak wyraźnie… Teraz, kiedy widziałam ją na tle tej całej aparatury, robiło mi się słabo… Najgorszy był fakt, że ten stan „zawdzięcza” tylko i wyłącznie swojej matce, która nie potrafiła zadbać o jej bezpieczeństwo od samego początku… Już od pierwszego miesiąca ją narażałam… Imprezy, głodówki i tego typu sprawy… A później?? Cały czas jakiś stres, jakieś nerwy… Przecież lekarz przy każdej comiesięcznej wizycie powtarzał, żebym w żadnym wypadku się nie denerwowała… Jakim cudem to ja zostałam obdarzona darem macierzyństwa… Tak wiele kobiet marzy o tym, żeby mieć dzieci, a ja… Ja tego nie doceniłam… Nieświadomie wsparłam się o ramię Ashton’a i zaczęłam rozpaczliwie płakać… Chłopak objął mnie swoimi silnymi ramionami i mocno do siebie przytulił…
- Ash… To wszystko moja wina… To wszystko przeze mnie… - zdołałam wyjąkać te dwa zdania pomiędzy kolejnymi szlochami… On rozluźnił uścisk, położył jedną dłoń na moim podbródku i uniósł moją głowę w taki sposób, że spojrzałam mu prosto w oczy…
- Camila, nie możesz tak mówić… Tak po prostu miało być… Nie możesz się teraz załamać… To, że nie od początku poczuwałaś się do macierzyństwa nie oznacza, że jesteś wyrodną matką… Właśnie teraz masz okazję pokazać, jak bardzo kochasz swoją córkę… - po tych słowach otarł moje łzy i złożył na moich ustach delikatny pocałunek. Jego wypowiedź dała mi nadzieję… Teraz pozostaje mi tylko modlić się o to, aby moje maleństwo rozwijało się jak najlepiej, żeby mogło opuścić szpital jak najszybciej… Obiecałam sobie, że będę najlepszą mamą na świecie… Będę rozpieszczała moją córeczkę i wynagrodzę jej wszystkie krzywdy z mojej strony…

***
Narracja 3-osobowa

Kolejne dni mijały powoli i monotonnie… Camila spędzała je przed salą swojej córeczki - Louise Erin… Ashton dotrzymywał jej towarzystwa przez cały czas… Tata i przyjaciółki wrócili do Londynu z myślą, że przyjadą, kiedy cała sytuacja się ustabilizuje i Camila wraz ze swoją córeczką wróci do domu… Na szczęście modlitwy Cam były wysłuchiwane… Louie rozwijała się zdumiewająco szybko… Po dwóch tygodniach lekarze stwierdzili, że może opuścić inkubator… Jednak zanim znalazła się w swoim domku we własnym łóżeczku, minęło kolejne czternaście dni i to też na prośbę cioci Becky, która ręczyła, że jako pielęgniarka zapewni najlepszą opiekę swojej bratanicy i jej córce… Tak o to po całym miesiącu spędzonym wśród lekarzy, kroplówek, badań i szczepień, nareszcie wróciły do domu... Nie da się opisać tego ogólnego szczęścia… Świadomość, że teraz będzie już tylko lepiej, napawała wszystkich ogromnym optymizmem… Wtedy zaczęły się liczne odwiedziny „teściów”, przyjaciółek oraz taty Cami… W normalnych okolicznościach może delikatnie by ją to denerwowało, ale w zaistniałej sytuacji rozumiała ich i cieszyła się razem z nimi… W końcu to, że Louie żyje i ma się dobrze, było jak prawdziwy cud…