niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział trzydziesty siódmy

NASTRÓJ

*2 dni później*
- Cami... Już jesteśmy na miejscu. - usłyszałam głos zatroskanego ojca, kiedy zatrzymaliśmy się pod domem ciotki.
Przez całą drogę nie odezwałam się ani słowem. Siedziałam odwrócona do taty bokiem ze
spojrzeniem utkwionym w szybie. Nie toczyłam jednak burzliwej kłótni myśli. Nie. Byłam zbyt słaba i otępiała, żeby móc o czymkolwiek myśleć. Ktoś mógłby stwierdzić, że zachowuję się jak zombie... I w sumie miałby rację. Byłam martwa w żywym ciele. I choć serce ciała nadal pompowało krew, to serce duszy przestało istnieć. Może to dlatego nie czułam nic. Kompletnie nic.
Kiedy w szpitalu usłyszałam to, co powiedziała mi ciocia, telefon wypadł mi z ręki i uderzył o twardą posadzkę, tym samym rozbijając wyświetlacz, który rozsypał się po płytkach. W tym samym momencie coś rozbiło się we mnie. Jakby ta część mnie, która odpowiadała za odczucia i emocje. Od tamtej pory nie czułam nic. Straciłam kontakt z rzeczywistością. Pamiętam jedynie, że Niall zadzwonił do kogoś i poprosił o numer mojego taty. Może do Natt? Chwilę potem znajdowałam się w drodze do Swindon, a przecież minęły już dwa dni...
- Cam, spóźnimy się. - słowa mojego taty ponownie wybiły mnie z transu. Wysiadłam z samochodu i stanęłam w miejscu, nie wiedząc, co teraz powinnam zrobić. - No chodź. - podszedł do mnie, objął ramieniem i zaprowadził do środka.
Bez zdejmowania kurtki czy butów, przeszliśmy do salonu, gdzie tato polecił mi usiąść i zaczekać, a sam poszedł do kuchni, żeby porozmawiać ze swoją siostrą.
- Nie wiem o co im poszło. (...) przeprosić? (...) zły na siebie... Trzasnął drzwiami. (...) Odjechał na motocyklu. (...) padało. (...) na miejscu.
Docierały do mnie urywki wypowiedzi płynących z ust ciotki. Pewnie tłumaczyła tacie, jak to wszystko się stało. Tylko czemu się z tym ukryła w kuchni? Uznała, że nie powinnam tego wiedzieć? Że jestem zbyt słaba psychicznie, by teraz mi o tym mówić? Cóż, nawet jeżeli tak, to nie udało jej się tego dokonać.
"Nie wiem o co im poszło. Przyszedł później. Chciał przeprosić? Ale jej już nie było. Był zły na
siebie, bo nie zdążył. Trzasnął drzwiami. Musiał odreagować. Odjechał na motocyklu. Tego wieczoru padało. Stracił kontrolę. Zmarł na miejscu." - tak mniej więcej brzmiała zapewne cała wypowiedź.
On zrozumiał swój błąd, chciał to naprawić...
Ale mnie już nie było.
Kiedyś Ashton puścił mi pewną piosenkę. Była śliczna, ale tragiczna. Pamiętam, że w momencie kiedy zaszkliły mi się oczy, Ash przytulił mnie i obiecał, że nigdy nie będzie opisywała jego.
Okłamał mnie. Teraz opisywała go idealnie...

"Rozcinał płaczący świat...
Zimne krople deszczu wklejone w wiatr.
Jechał coraz szybciej, by oszukać czas.
Ciemna noc zasłaniała strach.
Chciałby być przy niej blisko teraz.
Przy niej żyć, przy niej chciał umierać.
Wiedział, że gdyby coś się stało
Oddałby własne życie za nią.
Jak mógł jej nie doceniać...
Drwił, słysząc 'coś się zmienia'.
Nie zasłużyła na taki chłód.
Naprawiłby to, gdyby tylko mógł.
Ile razy Bóg może dawać szansę?
Ile razy śmierć może przegrać walkę?
Przeznaczenie czy największy dług, jak dziś przypomniał sobie Bóg..."

- Cami, ciocia jest już gotowa... Poszła tylko po Louie i zaraz będziemy jechać. - z otępienia wyrwał mnie głos ojca i jego ciepła dłoń na moim ramieniu.
Miałam ochotę krzyczeć, że wcale nie chcę tam być, nie chcę go żegnać. Chciałam najzwyczajniej w świecie wykrzyczeć napływającą rozpacz i gniew, ale nie mogłam. Po prostu nie byłam w stanie. Kiwnęłam tylko głową, wyszłam z domu i stanęłam przy samochodzie. Starałam się nie patrzeć na dom stojący obok. Miałam wrażenie, że kiedy tylko spojrzę w tamtą stronę, coś we mnie trwale pęknie.
Przypomniał mi się pierwszy raz, kiedy ujrzałam Ashtona w oknie... Tak wiele czasu minęło od tamtego wydarzenia. A teraz mam go już nigdy nie zobaczyć. On nie żyje i to przeze mnie. Powinnam w tej chwili wylewać litry łez, ale nic takiego się nie działo. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że cała rozpacz rozszarpywała mnie od środka... Nie miałam siły na ukazywanie jej całemu światu.
Po kilku minutach wszyscy siedzieliśmy już w aucie i zmierzaliśmy w stronę cmentarza. Tata
prowadził, ciocia siedziała z Lou na tylnym siedzeniu, a ja nadal byłam nieobecna i zapatrzona w szarą, deszczową codzienność na zewnątrz. Nawet niebo płakało po jego odejściu, a ja nie? Czy to o czymś świadczy?
Rozmyślałam nad tym całą drogę, ale nawet kiedy stanęliśmy przed bramą cmentarza, nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie.
Mijaliśmy kolejne alejki w milczeniu. Nawet Louie jakby dostrzegła powagę tego miejsca, bo nie wierciła się, tylko w zupełnej ciszy i skupieniu przyglądała się niesiona na rękach ciotki palącym się gdzieniegdzie kolorowym zniczom.
Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, ciocia odeszła na ubocze, by w razie czego odejść z nią od hałasu i uśpić, gdyby tego chciała. Tato poszedł do przodu, przeciskając się przez zgromadzoną grupkę osób, ciągnąc mnie za rękę za sobą. Bez słowa sprzeciwu dałam się poprowadzić. Stanęliśmy z lewej strony obok sąsiadującego nagrobka. Z rozrywającym się sercem obserwowałam, jak podjechał
karawan, z którego wyciągnięto drewnianą skrzynię.
Wsłuchiwałam się w ciszę jego martwego serca.
Nie docierały do mnie słowa księdza, który wygłaszał jakieś puste formułki. Co on mógł wiedzieć? Nic nie rozumiał, nic nie przeżywał. Dla niego to była tylko praca.
Pustym wzrokiem śledziłam późniejsze kroki karawaniarzy, którzy umocowali liny w uchwytach, a potem podnieśli drewnianą kołyskę, w której miał spać już zawsze...
W momencie, kiedy zaczęto opuszczać liny, poczułam, jak moje kolana zaczęły się uginać. Jakby moje ciało opadało w dół razem z nim.
Na zawsze połączone w jedno. I rozdzielone przedwcześnie przez zimne okowy śmierci...
W końcu opadł na ziemię. W tej samej chwili opadłam też ja.
A potem ogarnęła nas nicość.

*Becky Evans*

-Proszę opuścić salę. Lekarz musi przeprowadzić kilka badań. - powiedziała pielęgniarka, otwierając
drzwi. Oderwałam swój wzrok od bladej twarzy mojej bratanicy i podłączonej do niej aparatury, która cały czas wydawała z siebie różne dźwięki. Posłusznie wstałam i wyszłam na korytarz. W głowie przez cały czas kołatało się milion pytań, na które nie znałam odpowiedzi...
Przez ile tragedii ta dziewczyna będzie musiała przejść, aby uzyskać wieczne szczęście? Co jeszcze musi się stać, żeby Bóg stwierdził, że Cam zdała wszystkie próby? Czy zdrada, przedwczesny poród, wypadek Harry'ego i śmierć Ashtona to nie za dużo jak dla jednej dwudziestojednoletniej dziewczyny?
- Pani Evans, musimy porozmawiać. Zapraszam do mojego gabinetu. - poważny ton lekarza świadczył o tym, że coś jest źle i ja to wiedziałam. Nie miałąm tylko pojęcia w jakim stopniu i czy na pewno chcę to wiedzieć. Mimo wszystko podążyłam wolnym krokiem za lekarzem na drugi koniec korytarza. Mężczyzna przepuścił mnie w drzwiach i gestem wskazał krzesło, na którym od razu usiadłam.
Doktor usiadł naprzeciwko mnie, wziął głęboki oddech i zaczął mówić:
- Pani Evans, nie ukrywam, że do przekazania mam złe wieści... Upadek i silne uderzenie w głowę spowodowały trwałe zmiany w mózgu pani bratanicy. - przyznam szczerze, że nie do końca rozumiałam, co chciał mi przekazać.
- Panie doktorze, nie jestem po medycynie, więc proszę mówić wprost. Co jej jest?
- Pani Camila ma amnezję...

*********************************************************************************

Witajcie... Przepraszam Was za wszystkie wylane łzy i zużyte husteczki ( o ile w ogóle takie były) W moim przypadku nie omieszkały się pojawić, ale jestem pewna, że w ogóle Was to nie dziwi... Szczerze mówiąc po tym rozdziale nie mam siły na pisanie notki... Dlatego chciałabym jeszcze tutaj podziękować mojej najdroższej Eragona aa, bez której ten rozdział na sto procent by nie powstał gdyż ja nie mogłabym i nie umiałabym czegoś takiego napisać, a szczególnie tych przepięknych (podkreślonych) eufemizmów! Myślę, że należy jej się dedykacja!!! A teraz wybaczcie, ale muszę sobie uświadomić, że to tylko opowiadanie i tak naprawdę Ash żyje, a nawet ma się dobrze!!! A jutro już epilooog!!! Wiem, że nie możecie się doczekać... No to ja już kończę!  Życzę Wam miłego wieczoru, dobrej nocy i do jutra!!! <3

Aleksandra