piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty ósmy


*Harry* (NASTRÓJ)

Raz w życiu Caroline miała rację... Powinienem usiąść, kiedy o to prosiła, gdyż jakby nie patrzeć ta informacja zwalała z nóg... Ale moment, chwila... Czy ona powiedziała, że… Za pięć miesięcy będę ojcem? No tak… Dokładnie te słowa wyszły z jej wyrysowanych ust. A to oznacza, że... O mój Boże... Jednorazowa, niechciana przygoda z Car zakończyła się... czymś czego nie jestem w stanie nazwać po imieniu... Przez moje ciało przeszedł lodowaty dreszcz i na chwilę straciłem kontakt ze światem... Potrzebowałem kilku minut, żeby to do mnie dotarło. Jednak nawet po upłynięciu tego czasu i kiedy już miałem pewną świadomość tego, że Caroline jest w ciąży, a na dodatek ja jestem ojcem dziecka, to mimo wszystko nie miałem pojęcia, jak mam się zachować lub co powiedzieć... Mój szok powoli zaczął mijać, a jego miejsce zastępował wcześniejszy gniew... Co więcej, mogę szczerze powiedzieć, że jeszcze żadnego dnia nie byłem tak bardzo nerwowy jak dziś… Za dużo się wydarzyło… Nie tak miał wyglądać nasz powrót do domu… A ja nie byłem przygotowany na żadne niespodzianki… Nagle po jakichś dziesięciu minutach przypomniałem sobie o obecności Caroline… Podniosłem głowę i przeskanowałem wzrokiem jej ciało… Rzeczywiście jej brzuch był lekko zaokrąglony, ale nie aż tak, żeby rzucał się w oczy…
- No i powiedz mi, czego ode mnie oczekujesz? - powiedziałem, ledwo powstrzymując się od podnoszenia głosu... Jednocześnie starałem się ukryć i ukazać cały swój jad… Mam świadomość, że to brzmi dziwacznie i niedorzecznie, ale taka jest prawda… I jestem pewien, że znajdą się osoby, które teraz ze współczuciem patrzą na Caroline, a z pogardą zerkają na mnie… Znam świat, na którym żyję już przeszło dwadzieścia lat… Hah. Ciekawe, że jednego dnia wydaje nam się, że jesteśmy jeszcze młodzi, a nawet dziecinni, a następnego oczekują od nas, żebyśmy stali się dorośli i dojrzali… Bo tak właśnie się czuję… Jeszcze kilka godzin temu „beztrosko” planowałem mój powrót z trasy i przeprosiny Cam, a teraz znajduję się w salonie z Car, która oznajmia mi, że będę ojcem… Wiem, że ta ciąża to również moja wina, no bo jakby nie patrzeć, Caroline sama sobie tego dziecka nie zrobiła, ale…
- Harry nie złość się... – powiedziała spokojnie i z irytującym uśmieszkiem na twarzy, tym samym przypominając mi o swojej obecności i przywracając mnie z odległych granic mojego rozmyślania… -Brzmisz tak, jakbym była twoim wrogiem, a dobrze wiesz, że nim nie jestem... Może już zapomniałeś, ale jeszcze nie tak dawno byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi... Pomyśl, jakby było pięknie, gdybyśmy do siebie wrócili i... – nie odpowiedziała na moje wcześniej zadane pytanie, a wręcz przeciwnie… Zaczęła snuć jakieś chore wymysły i jeszcze mnie nimi katować… Nie mogłem tego dłużej słuchać, dlatego w końcu wybuchłem.
- Skończ! Nigdy więcej nie chcę słyszeć nawet o czymś takim... Kocham Camilę i tylko z nią wiążę swoją przyszłość... - Jakim prawem ta kobieta może mnie w ten sposób torturować? Znowu czuję serię ciarek biegnących po moim ciele… Jeszcze chwilę i albo się porzygam, albo zemdleję! Ale Caroline wzięła sobie do serca moje słowa i od razu zmieniła swoje wywody wypowiadane słodziutkim głosikiem na konkretne informacje i rzeczowy, rzekłbym nawet oschły, ton. Z jednej strony mnie to ucieszyło, ale nie byłem do końca przekonany, czy ta zmiana była dla mnie korzystna…
- Daję Ci dwa dni na podjęcie słusznej decyzji... Znasz adres, numer telefonu  również... Jeżeli w
tym czasie nie zmienisz zdania, to... porozmawiamy inaczej...- Po skończonej wypowiedzi wstała ze swojego miejsca i wyszła, tupiąc swoimi obcasami. Kiedy tylko w całym domu rozległ się odgłos trzaśnięcia drzwiami, w salonie pojawiła się reszta chłopców, którzy w trakcie naszej rozmowy jakoś się ulotnili...
- Harry... - zaczął Zayn, ale ja od razu mu przerwałem... Po wysłuchiwaniu bzdur z ust mojej byłej, teraz to ja chcę się wygadać... Nikomu nie każę słuchać, ale po prostu czuję, że jeżeli za chwilę nie wypowiem wszystkich myśli, które kłębią się w mojej głowie, to zwariuję i trafię do psychiatryka...
- Ja naprawdę od zawsze wiedziałem, że zdrada jest czymś złym... I mam świadomość tego, że za złe uczynki się karze, ale mam wrażenie, że moja ”kaźń” jest zbyt surowa... Najpierw zniknięcie Camili, teraz jeszcze Caroline z... - nie przejdzie mi to przez usta... -To już mnie przerasta... To nie jest mój scenariusz dzisiejszego dnia!!! Wiecie, że to nie tak miało wyglądać… Nie byłem przygotowany na tyle zmian. Chciałem wszystko naprawić, ale jak zwykle jeszcze bardziej wszystko pogorszyłem – nie miałem pojęcia kiedy mój głos stał się tak zrozpaczony i chrypliwy, a z moich oczu zaczęły
płynąć łzy… Zdałem sobie sprawę z tego, jak słaby jestem… I to dobiło mnie jeszcze bardziej… Nie miałem racji… Wygadanie się jeszcze bardziej pogorszyło całą sprawę… Nie dość, że nie przyniosło żadnej ulgi i spokoju, to jeszcze pokazałem się przed chłopakami jako kompletny mięczak… W końcu się ogarnąłem… Wziąłem jeden głęboki oddech, otarłem łzy i dodałem. - Jedno jest pewne... Obecnie moim największym problemem jest odnalezienie Cam, a nie zajmowanie się...
- Harry, poczekaj chwilkę! - teraz to Zayn mi przerwał... Spojrzałem tylko w jego stronę zbolałym wzrokiem, a on powoli i dość cicho zaczął mówić to, co pewnie kryło się też w głowach pozostałej dwójki... - Znasz Caroline i chociaż nie ukrywam, że również chciałbym się dowiedzieć o co chodzi ze zniknięciem Camili, to uważam, że nie ona jest obecnie Twoim największym problemem. Zważ na to, że Caroline cię w pewien sposób zaszantażowała, a znasz ją i wiesz do czego ona jest zdolna... Jeżeli w przeciągu tych dwóch dni nie okażesz jej tego, czego oczekuje, może cię zniszczyć, gdyż ma sporo znajomości... Już jestem w stanie sobie wyobrazić te nagłówki na pierwszych stronach gazet. "Nieodpowiedzialny Harry Styles nie chce mieć nic wspólnego z własnym dzieckiem"  czy coś w tym stylu...  Hazz, fani cię przez to znienawidzą jeszcze bardziej... Będziesz pokazywany w najgorszym świetle… Uwierz mi... Z nią nie ma żartów, więc...
- Więc co? Co mam zrobić?? Jak ją uszczęśliwić!? - złość, desperacja, gniew, szok doprowadziły mnie na krawędź wytrzymałości... Ukryłem twarz w dłoniach i zamknąłem oczy, z których znów popłynęły łzy... Chcę się obudzić! Dłużej nie wytrzymam...
- Myślę, że musisz się uspokoić i dopiero wtedy porozmawiać z Caroline - tym razem to Liam zabrał głos. I znów jest tak samo, jak zawsze… Harry, jako najmłodszy z zespołu, pakuje się w kłopoty, a Liam, jako ten najodpowiedzialniejszy i najporządniejszy, wygłasza swoje przemądrzałe rady i opinie… DOŚĆ! Mam tego dość! Dlaczego to ja zawsze muszę stwarzać problemy?? Dlaczego nie mogę być zwykłym nastolatkiem ze wspaniałą dziewczyną u swego boku? Dlaczego, kiedy byłem naprawdę szczęśliwy, musiałem to zepsuć? Dlaczego nie potrafię się postawić? Dlaczego nie mogę wreszcie zrobić tego, czego chcę, tylko muszę wykonywać najsłuszniejsze czynności? Dlaczego byłem na tyle głupi i pojechałem w trasę zamiast walczyć o Cam? Dlaczego nie starałem się bardziej? Dlaczego pozwoliłem Louisowi na upicie mnie? Dlaczego nie posłuchałem serca i poszedłem na tą galę zamiast spędzić cudowny wieczór z moją ukochaną? Pytania się mnożyły, a odpowiedź była tylko jedna: „Bo należysz do zespołu One Direction”
Nie wiem ile tak przesiedziałem... Na pewno minęło sporo czasu, ponieważ kiedy podniosłem swoją głowę, w pomieszczeniu nie było już nikogo... Zastanawiacie się jakie skutki przyniosło to moje siedzenie i myślenie? Mogę powiedzieć tylko, że podjąłem dużo decyzji niezgodnych z moim sercem i sumieniem...

*Camila*
- Dzień dobry pani... Alice. Czy zastałam Ashton'a? - spytałam z promiennym uśmiechem, stojąc
w progu domu moich sąsiadów... Kobieta również nie ukrywała radości z powodu mojego przybycia... Muszę przyznać, że… Ostatnio bardzo się polubiłyśmy, aczkolwiek nadal z trudem przychodzi mi zwracanie się do niej po imieniu.
- Witaj Cami... Tak, jest u siebie... - odparła i cofnęła się trochę, robiąc mi tym samym przejście. Troszkę niepewnie weszłam do pomieszczenia i w milczeniu skierowałam się na górę... Szybko (oczywiście w miarę możliwości) przemierzyłam schody i już po chwili byłam na górze... Drzwi prowadzące do pokoju Ashton'a były otwarte na oścież, co - według słów jego mamy - zdarzało się coraz częściej od mojego przybycia,  więc postanowiłam to wykorzystać. Po cichutku i na palcach zakradłam się do siedzącego tyłem chłopaka i zakryłam mu oczy dłońmi. Ledwo powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem, kiedy Ashton aż podskoczył ze strachu. Sekundę zajęło mu opanowanie się i wydobycie z siebie jakiegoś słowa.
- No... niech zgadnę... Cam! - na jego słowa roześmiałam się głośno, a on zdjął moje dłonie ze swoich oczu i lekko przyciągnął mnie w swoją stronę tak, że usiadłam na jego kolanach...
- Stęskniłem się za Tobą... - wyszeptał i zbliżył swoją twarz do mojej...
- Niemożliwe... Widzieliśmy się jakieś szesnaście godzin temu... - odparłam i znów parsknęłam głośnym śmiechem... Przyznam szczerze, że od momentu kiedy opowiedzieliśmy sobie nasze dramatyczne historie, zarówno mój jak i humor Ashton’a uległy diametralnym zmianom... I chociaż wiem, że to brzmi dość nieprawdopodobnie, coraz częściej przyłapuję się na tym, że zapominam o osobniku z zielonymi oczami i kręconymi włosami...
-   Czyżbyś liczyła każdą godzinę beze mnie? - spytał chichocząc, a ja zamiast odpowiedzi złożyłam na jego ustach krótki pocałunek... Spokojnie bez pochopnych osądzeń! Nie jesteśmy parą... To znaczy… Jakby to powiedzieć... nie oficjalnie... Naprawdę sama nie wiem jak mogę określić stosunki między nami... Ostatnie dwa tygodnie były całkiem inne... Wprawdzie zachowywaliśmy się trochę jak para, jednak żadne z nas jeszcze nie odważyło się do tego przyznać... I wiecie co? Jak na razie jest mi z tym dobrze... Odrobina przestrzeni i czas na dokończenie przemyśleń będą dobre dla nas dwojga...
- Jaką masz propozycję spędzenia dzisiejszego dnia, hmmm?? - spytałam i wyplątałam się z jego objęć...
- Możemy go spędzić jakkolwiek... Najważniejszym warunkiem dla mnie jest spędzanie czasu z Tobą... - odparł, czym sprawił, że na moich policzkach pojawiły się rumieńce...
- Aww... Muszę przyznać, że to było dość słodkie... - powiedziałam i ucałowałam go w czoło. Nie zastanawiałam się nad każdym wykonywanym gestem... Robiłam tylko to, co podpowiadało mi serce...
Wstałam z jego kolan i podeszłam do ogromnego telewizora wiszącego na ścianie i zaczęłam przeglądać płyty stojące na jednej z półek stojącej obok... Znajdowały się tam najróżniejsze gatunki filmowe poczynając od komedii, kończąc na horrorach. Jako fanatyczka komedii romantycznych bez zastanowienia wyjęłam wszystkie i zaczęłam je przeglądać… Żaden tytuł nic mi nie mówił co było czymś naprawdę dziwnym… Jednakże każdy tytuł był na swój sposób oryginalny, dlatego przez długi czas nie mogłam się zdecydować... Na szczęście krótka konwersacja z właścicielem filmów zakończyła się pomyślnie. Ashton zasłonił okna, ja włączyłam film o tytule „Oświadczyny po irlandzku”, a następnie razem rozłożyliśmy się na ogromnym łóżku w najwygodniejszy dla nas
sposób. Ashton oparł się plecami o stertę poduszek, a ja ułożyłam się na jego kolanach i zaczęliśmy oglądać...
Chyba jeszcze żaden film nie sprawił, że tyle płakałam... Jak nie ze śmiechu to ze wzruszenia... Aż trudno jest opisać wrażenia po jego obejrzeniu... Zakończenie nie było przewidywalne. Do ostatniej chwili trzymało w napięciu… Przynajmniej ja tak to odczuwałam… W każdym bądź razie jestem pewna, że te niecałe dwie godziny nie były czasem zmarnowanym… Tym bardziej, że przez cały film byłam wtulona w Ashton'a i mogłam rozkoszować się jego cudownymi perfumami oraz bijącym od niego ciepłem... Coś cudownego, wierzcie mi na słowo… Tak w ogóle to miałam ochotę wypytać Ash’a o treść filmu i sprawdzić czy ma podzielną uwagę… Dlaczego? Gdyż podczas oglądania jego wzrok nie był wpatrzony w ekran telewizora, tylko we mnie… Jednak powstrzymałam się i postanowiłam, że zachowam to dla siebie… Może on wcale nie chciał być na tym „przyłapany”…
Równo z pojawieniem się napisów końcowych na ekranie, w domu rozległ się łagodny głos pani Montgomery wołającej nas na obiad... Wyłączyliśmy telewizor i powędrowaliśmy schodami na dół... W momencie kiedy mieliśmy wejść do kuchni. Ash wsunął swoje duże palce w moją dłoń... Nie powiem, ale było to na tyle przyjemne, że na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech i delikatne rumieńce... Nasze zachowanie nie umknęło uwadze Alice, na co kobieta tylko się uśmiechnęła. Usiedliśmy przy już nakrytym stole i nim się obejrzałam, w jadalni zostaliśmy tylko my... Swoją drogą to było dość uprzejme ze strony Alice… Bo mimo tego, że się polubiłyśmy, to nadal czuję się trochę skrępowana przebywając z nią i jej synem w jednym pomieszczeniu…
- Smacznego Cami... - powiedział Ashton z ogromnym uśmiechem na twarzy... Czasami jeszcze się zastanawiam, jak on był w stanie chować ten śliczny uśmieszek przed całym światem i skrywać go pod maską naburmuszonego nastolatka... Jednak szybko odsuwam od siebie te myśli i cieszę się z tego, że udało mu się zrzucić tą maskę, a dzięki temu ja mogę oglądać jego prawdziwe oblicze!
- Dziękuję Ash... I wzajemnie... - odparłam, a uśmiech na mojej twarzy robił się coraz większy, aż dziwne, że policzki mnie jeszcze nie bolały…
Podczas konsumowania obiadu cały czas rozmawialiśmy na różne tematy, poczynając od wymiany zdań na temat obejrzanego filmu (który Ashton musiał już wcześniej oglądać, bo znał wszyściuteńkie szczególiki), a kończąc na sprawach o wiele poważniejszych, między innymi planach na przyszłość... Na niektóre pytania odpowiadałam nieco zdawkowo, gdyż sama jeszcze nic na ich temat nie wiedziałam. Ashton nie wydawał się być zawiedziony z tego powodu... Rozumiał mnie jak nikt inny i za to właśnie tak bardzo go polubiłam... Po zjedzeniu dania stwierdziłam, że powinnam wracać do domu... Owszem, może wyglądało to niezbyt kulturalnie, ale po prostu czułam, że moje hormony się budzą, a to oznacza nagłe zmiany nastroju i gorsze samopoczucie...  Przeprosiłam Alice za to, że od razu po obiedzie uciekam do domu, pożegnałam się z nią i razem z Ashton’em wyszliśmy na zewnątrz. Oczywiście mój sąsiad odprowadził mnie pod same drzwi mojego mieszkania i oznajmił, że w razie czego jest pod telefonem... Podziękowałam mu za wszystko, zapewniłam, że jakby się coś działo, to na pewno od razu go powiadomię i wreszcie mogłam wejść do domu. Zastałam ciocię w kuchni. Przywitałam się z nią gdyż nie widziałyśmy się rano, ale nie zostałam na dłuższą pogawędkę, gdyż tak jak myślałam moje samopoczucie z każdą chwilą się pogarszało... Zrobiłam sobie gorącej herbaty i udałam się do swojego pokoju. Kubek z parującym naparem postawiłam na swojej szafeczce nocnej i położyłam się na łóżku. Leżałam tak przez kilka minut z zamkniętymi oczami, głęboko oddychając, aż nagle usłyszałam brzęczenie mojego telefonu. Zlokalizowanie go nie zajęło mi dużo czasu. Jednak zanim wcisnęłam zieloną słuchawkę połączenie się urwało. Od razu sprawdziłam kto śmiał zakłócić mi spokój. W spisie połączeń pokazał mi się numer Natt, dlatego też już po chwili to ja dzwoniłam do niej. Co dziwne po dwóch sygnałach usłyszałam głos automatycznej sekretarki... Troszeczkę zaniepokojona wystukałam numer do drugiej przyjaciółki jednak i do niej się nie dodzwoniłam... Teraz już byłam święcie przekonana, że coś się stało.
Ostatnią osobą, do której się zwróciłam, był mój tata. Wprawdzie on odebrał telefon, ale niczego nowego i konkretnego się od niego nie dowiedziałam... Odłożyłam komórkę i ponownie ułożyłam się wygodnie na swoim łóżku… Nie miałam pojęcia dlaczego dziewczyny mnie olały, zaraz po tym jak do mnie zadzwoniły… Nigdy takie coś nie miało miejsca… Jedno było pewne, coś się tam wydarzyło!

 *********************************************************************************
Przybywam z kolejnym rozdziałem!!! Muszę przyznać, że do końca nie pamiętam jak to było, ale znając mnie wydaje mi się, że przy nim też płakałam jak bóbr więc jeżeli Wam też łezka poleci to będzie normalna reakcja na moje opowiadanie :D Swoją drogą nie mam pojęcia co pisać w notkach... Może lepiej, by było gdybym teraz wstawiała tylko czyste rozdziały, a dopiero po epilogu napisała taką dłuuugą notkę podsumowującą i pożegnalną?? Co o tym myślicie?? Czekam z niecierpliwością na Wasze opinie, a ja tymczasem zmykam korzystać z ostatnich dni wakacji!!! 
Pozdrawiam i ślę uściski!!! Do jutra!!!
PS. Czy tylko ja uważam, że teledysk do Drag Me Down jest najcudowniejszy ze wszystkich nakręconych do tej pory?? Wcześniej mówiłam tak o Nght Changes, ale oni każdy teledysk robią coraz lepszy!!! <3

Aleksandra... 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty siódmy

*2 TYG PÓŹN.*
*Harry* ( NASTRÓJ )

Wracamy!!! Świadomość, że już za kilka godzin ujrzę Camilę po całych trzech miesiącach jest czymś najwspanialszym na świecie... Siedzę obok Louis'a, wpatrzony w mijane widoki, uśmiechnięty od ucha do ucha. W głowie mam już ułożony monolog, którym wytłumaczę wszystko Cami... Myśl, że dziewczyna nie będzie chciała mnie
wysłuchać w tym momencie dla mnie nie istnieje... Mam dokładnie opracowany plan i nie przewiduję w nim żadnych zmian...Wprawdzie nie byliśmy ze sobą długo, ale jedno wiem na pewno, Camila nie potrafi się długo gniewać... Poza tym uwielbia wspomnienia, jest romantyczką, a także jest wrażliwa...Właśnie według tych "kryteriów" ułożyłem cały plan… Nie mam pojęcia czy to ze zmęczenia trasą czy przez bezsenne noce spowodowane różnymi koszmarami lub rozmyślaniem o Cam zrobiłem się bardzo senny. Powieki zaczęły same opadać, a kołysanie samochodu działało jeszcze bardziej usypiająco… Nie miałem pojęcia kiedy odpłynąłem…
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej taka myśl towarzyszyła mi w momencie kiedy wspinałem się po schodach do własnego pokoju. Trzy miesiące nie widziałem z okna mojego ulubionego widoku, trzy miesiące nie spałem we własnym łóżku… Jestem pewien, że każdy kto wraca z podróży ma podobne odczucia… Jednak na razie nie mam czasu, żeby się nad tym wszystkim rozczulać. Udałem się do łazienki w celu wzięcia szybkiego prysznica i przebrania się w mój najlepszy garnitur. O dziwo nie zajmuje mi to nawet piętnastu minut. W ekspresowym tempie opuszczam toaletę, zbiegam na dół i wychodzę z domu. Jadę samochodem do kwiaciarni co jakiś czas przeczesując nerwowo włosy… Z jednej strony się cieszę, że tak mała odległość dzieli mnie od spotkania mojej ukochanej, ale z drugiej strony odrobinę się stresuję… W mojej głowie pojawiają się obrazy płaczącej Cami po obejrzeniu wiadomości, w uszach dźwięczą wykrzyczane słowa… Czuję jak mój żołądek robi fikołka. Nie! Nie mogę się teraz wycofać… Jestem prawie w stu procentach pewien, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Staram się przestać myśleć i skupić swój umysł na drodze. Nim się obejrzałem znalazłem się pod kwiaciarnią. Wyszedłem z auta, zakupiłem największy bukiet czerwonych róż i znów znalazłem się w swoim samochodzie. Znajoma okolica sama sprawia, że wypatruję domu Cam. Po kilku minutach dostrzegam obiekt mojego zainteresowania. Parkuję przed budynkiem, wysiadam z samochodu, niemrawo pokonuję schody i skruszony pukam do drzwi… Przez chwilę nie dzieje się nic. Zrezygnowany, odwracam się powoli kiedy słyszę szczęk kluczy i w progu pojawia się moja ukochana. Na jej twarzy nie widnieje nic innego tylko ogromne zaskoczenie. Kiedy dociera do niej, że to naprawdę ja próbuje zamknąć mi drzwi przed nosem jednak ja niezrażony tym gestem powstrzymuję ją i klękam przed nią na kolana. Biorę głęboki oddech i wygłaszam przygotowaną wcześniej przemowę. Mówię o tym, że nigdy nie kochałem nikogo innego tak bardzo jak ją, że nie wyobrażam sobie dalszej przyszłości bez niej, że te trzy miesiące w trasie były najgorszym okresem w moim życiu. Po tym przechodzę do najtrudniejszego punktu mojej wypowiedzi, a mianowicie tego co stało się tamtej, pamiętnej nocy… Mimo mojego lęku wyznaję całą prawdę o tym jak przez Louis’a spiłem się niemalże do nieprzytomności, a kiedy się obudziłem leżałem już obok Caroline, jednakże nie jestem w stanie przypomnieć sobie czy doszło do czegoś między nami… I w tym momencie kończę mój monolog… Spuszczam głowę i ledwo powstrzymuję łzy cisnące się do moich oczu… Camila nie może dłużej stać obojętnie. Podnosi mój podbródek swoją delikatną dłonią i cichym głosem wyznaje, że mi przebacza, ponieważ kocha mnie najbardziej na świecie i również bardzo za mną tęskniła. Podnoszę się z kolan i porywam ją w swoje ramiona…  

*4 godz. później*

- Harry... - po tak długim czasie słyszę ten anielski głos, który szepcze moje imię... To jest niesamowite… Owszem miałem świadomość, że bardzo tęskniłem za moją ukochaną, ale nie wiedziałem, że sam jej subtelny głos może przyprawić mnie o zawrót głowy...
- Harry, do jasnej anielki, obudź się wreszcie!!! - otworzyłem oczy, ale nad sobą nie ujrzałem Cam… Wręcz przeciwnie powitała mnie rozwścieczona twarz Louis'a... Czyli to był tylko sen… Czyli wszystko co najstraszniejsze jeszcze przede mną... A już myślałem, że tak dobrze poszło... Zapewne nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojego rozczarowania… No nic… Przynajmniej zyskałem ogromną dawkę nadziei na to, że mój plan wypali. - Jak wolisz... Ja idę do domu... - ponownie usłyszałem głos mojego przyjaciela i poczułam jak jego ręka opuszcza moje ramię... Momencik... Czy on powiedział... do domu?? Zerwałem się z półleżącej pozycji i spojrzałem przez okno... TAAAAK!!! Moje oczy wreszcie ujrzały ten długo wyczekiwany widok jakim jest nasza willa!!! Wyskoczyłem z auta jak z procy i zacząłem wcielać plan w życie. Przemierzyłem schody najszybciej jak potrafiłem i wpadłem do swojego pokoju. Nie patrząc na nic rzuciłem torbę na środek podłogi i już po chwili znajdowałem się w swojej własnej łazience. W ekspresowym tempie zrzuciłem ubrania i natychmiast znalazłem się pod prysznicem. To takie wspaniałe uczucie kiedy strumień ciepłej wody zmywał ze mnie oznaki zaspania i zmęczenia. Gdybym tylko mógł zostałbym tutaj o wiele dłużej, ale dobrze wiem, że w tym momencie mam o wiele ważniejsze sprawy do załatwienia. Po dziesięciominutowym prysznicu, wytarłem swoje wilgotne  włosy i mokre ciało, a następnie z ręcznikiem owiniętym wokół bioder powędrowałem do swojego pokoju. Podszedłem do szafy w celu znalezienia swojego ulubionego, czarnego garnituru i białej koszuli. Na szczęście poszukiwania nie zajęły mi więcej niż pięć minut... Ubrałem się w szybkim tempie, spryskałem się perfumami i jednym słowem fizycznie byłem gotowy. Zbiegłem po schodach głośno tupiąc i jednoznacznie oznajmiając reszcie w jak dobrym humorze jestem... Założyłem buty i kiedy z kuchni wyjrzał Liam z jakimś pytaniem na ustach, mnie już nie było... Szybkim krokiem przeszedłem odległość dzielącą mnie od mojego samochodu... Wsiadłem do auta, zamknąłem drzwi i z piskiem opon ruszyłem do znajomej kwiaciarni...  Jechałem dość szybko i aż sam się dziwiłem, że nie spowodowałem żadnego wypadku... No, ale jakby nie patrzeć to trochę mi się śpieszyło. Nim się obejrzałem, znalazłem się pod znajomym budynkiem. Wszedłem do kwiaciarni i z uśmiechem przywitałem kwiaciarkę... Już miałem prosić o bukiet, kiedy dostrzegłem pod ladą usychającą błękitną różę, która wywołała u mnie lawinę wspomnień… Wtedy uświadomiłem sobie, że to właśnie te kwiaty sprawią największą przyjemność mojej ukochanej... 
- Poproszę bukiet błękitnych róż - powiedziałem uprzejmie, na to starsza kobieta spojrzała na mnie trochę smutnym, a trochę złośliwym wzrokiem i odparła:
- Niestety, ale już ich nie sprzedaję... - jej oschły ton przyprawił mnie o dreszcze...
- A mógłbym wiedzieć dlaczego? - spytałem niepewnie, kobieta znów zmierzyła mnie tym przerażającym wzrokiem...
- A dlatego, że już nikt ich tutaj nie kupuję... - coś mi tu nie pasowało... Dlaczego niby Camila miała zaprzestać swojego rytualnego kupowania ulubionych kwiatów jej mamy? To pytanie zaczęło się pałętać po mojej głowie, a ja nie mogłem znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi... W każdym bądź razie ta niepewność całkowicie odmieniła mój humor z ogromnej radości w przerażenie... 
- W takim razie poproszę bukiet czerwonych róż. 
Kobieta bez słowa odwróciła się i wyjęła z wiaderka ogromną ilość kwiatów i mi je podała... Zapłaciłem należność, pożegnałem się i wyszedłem z kwiaciarni... Z sercem na ramieniu i zaschniętymi ustami ruszyłem w stronę domu Camili... Dopiero teraz zaczęły do mnie docierać jakieś przebłyski tego, że coś w moim planie może nie wypalić... Mimo wszystko wciąż jechałem znajomą drogą... Po kilku minutach  zacząłem poznawać domy… Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i już parkowałem pod mieszkaniem Camili.  (ZMIEŃ) Wziąłem głęboki oddech i wyszedłem z auta. Posuwistym krokiem ruszyłem po schodach i niepewnie zapukałem do drzwi. Nie było żadnego odzewu, dlatego też postanowiłem zawrócić, ale właśnie w tym momencie usłyszałem przekręcenie kluczyka i skrzypnięcie klamki. O dziwo jak na razie wszystko idzie zgodnie z moim snem… No może oprócz tego bukietu, ale…To jeszcze o niczym nie świadczy prawda?? Nowa fala optymizmu zalała mnie od stóp do głów… Drzwi uchyliły się lekko, a w progu ujrzałem
ojca Camili... Szlag... Tego też nie brałem pod uwagę... Wydaje mi się, że jednak powinienem zrobić kilka wariantów tego mojego wspaniałego planu... Wziąłem głęboki oddech, przełknąłem głośno ślinę i zachrypniętym ze strachu głosem zacząłem mówić...
- Dzień dobry panie Evans... Czy zastałem Camilę? - brzmiałem tak żałośnie, że było mi samego siebie szkoda... Niestety nijak nie mogłem nad sobą zapanować... Ojciec Camili spojrzał na mnie ni to z pogardą ni z politowaniem, aż w końcu odpowiedział na moje pytanie:
- Witaj Harry... Camili nie ma w domu...
- A o której tak mniej więcej mogę się jej spodziewać? - spytałem już trochę pewniej... Jednak kiedy spojrzałem na mojego niedoszłego teścia, zamarłem, a przez moje ciało przeszedł lodowaty dreszcz... Ten zbolały wzrok i wymowne milczenie... Boże… Jedyne co mi przychodzi do głowy to... Ale ona nie byłaby w stanie tego zrobić... Nie z mojego powodu... Chociaż... Jeżeli kochała mnie tak bardzo, a ja ją skrzywdziłem to... Miałem wrażenie jakbym znajdował się na jakimś morzu czy oceanie podczas sztormu… Topiłem się… Ogromne fale rozpaczy pochłaniały mnie w całości… Jednak w najmniej oczekiwanych momentach pojawiał się przebłysk nadziei i udawało mi się wypłynąć na powierzchnię, by złapać oddech…
- Harry chyba się nie zrozumieliśmy... Camila wyjechała i nie ma zamiaru wracać do Londynu... - Nie jesteście w stanie nawet sobie wyobrazić co w tamtej chwili czułem... Po części mi ulżyło gdyż spodziewałem się najgorszego, a mianowicie w mojej głowie jedyną myślą był fakt że targnęła na swoje życie. Jednak z drugiej strony cios, który po raz kolejny rozerwał moje serce na kawałki... Wyjechała z Londynu... Uciekła… Nie chce mnie znać... Nie chce mieć ze mną nic wspólnego...  
Wiedziałem, że dalsza rozmowa z ojcem Cam nie ma większego sensu, dlatego podziękowałem za udzielone informacje, pożegnałem go, a następnie udałem się do domu Natalie... Kto jak kto, ale ona musi wiedzieć gdzie znajduje się Camila... A skoro posiada adres Cami to może łaskawie się nim ze mną podzielić… Może? MUSI!!! Nagle moja rozpacz zamieniła się w niepohamowany gniew. Jakim prawem ona stąd wyjechała? Owszem zraniłem ją, ale żeby od razu zostawiać wszystko i wszystkich? Dlaczego zachowała się tak niedorzecznie? Przecież jest świadoma tego, że nie odpuszczę dopóki jej nie znajdę. I nie mam zamiaru liczyć się z kimkolwiek… Jak dobrze, że Natt mieszka na tej samej ulicy. Dojazd na miejsce zajął mi zaledwie trzy minuty... Niemalże wybiegłem z samochodu, w trzech susach przemierzyłem schody i pięściami uderzyłem kilkakrotnie w ciemne drzwi... Natychmiast usłyszałem ciche stukanie obcasów i już po chwili w progu ujrzałem małą, zaskoczoną brunetkę... 
- Gdzie jest do cholery Cam? - spytałem bez żadnego powitania. Nie było na to czasu…  Dziewczyna patrzyła na mnie ogromnymi oczami i nic nie odpowiadała, a we mnie coraz bardziej wzbierała złość... - Natalie nie przyjechałem tu po to, żeby się na Ciebie poprzyglądać...
- Hha… Harry ja... - zaczęła się jąkać, a ja ledwo powstrzymywałem się od dalszych wybuchów... - Ja nie mogę... - No tak… Ta durna solidarność przyjaciółek... Szczerze mówiąc mało mnie to w tej chwili obchodziło... Złapałem ją za nadgarstki i popchnąłem w głąb korytarza tak iż uderzyła plecami o wieszak z kilkoma bluzami. Zacząłem krzyczeć... 
- Nie obchodzi mnie co sobie przysięgałyście!!! Rozumiesz?? Chcę ją odzyskać i nie
odpuszczę dopóki nie powiesz mi gdzie ona jest!!! 
Widziałem zbierające się łzy w jej oczach... W normalnych okolicznościach podziałałoby to na mnie łagodząco, ale w tym momencie nic nie było w stanie mnie opanować...
- Harry to boli... Puść mnie... - wyjęczała, a ja jeszcze bardziej wzmocniłem uścisk... Uwierzcie mi, że w tej chwili nie byłem sobą… I mimo tego, że gdzieś z tyłu mojej głowy tliła się myśl, aby przystopować z tą agresją, była zbyt mała i cicha, aby zapanować nad moim umysłem i ciałem…
-Ała... Harry jak się uspo... koisz to poga... damy... 
- Nie chcę rozmawiać... Chcę adresu Camili! – warknąłem.
- ODWAL SIĘ OD NIEJ!!! - usłyszałem za sobą znajomy krzyk Niall'a, ale za nim zdążyłem zareagować dostałem z pięści w nos... Natychmiast puściłem ręce dziewczyny i złapałem się za bolące miejsce.. 
- Nie odpuszczę tak łatwo... - wysyczałem i wróciłem do samochodu, po czym z piskiem opon ruszyłem przed siebie... Nie zwracałem uwagi na to, że z mojego nosa co jakiś czas kapią szkarłatne krople... Nie zwracałem uwagi na to, że moje dłonie zacisnęły się na kierownicy tak mocno, iż pobielały mi knykcie… Nie zwracałem uwagi na to, że z coraz większą siłą naciskam pedał gazu. Licznik wskazywał coraz większe liczby kilometrów na godzinę, ale im szybciej jechałem tym bardziej zaczynałem panować nad swoimi emocjami. Nagle dotarło do mnie w jaką furię wpadłem co jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło...  Będę musiał przeprosić Natt i na spokojnie z nią porozmawiać... I to jak najszybciej… To znaczy… Na pewno nie dziś… I ja, i ona musimy całkowicie ochłonąć… Zatrzymałem się gwałtownie na środku ulicy, ku wielkiemu niezadowoleniu pozostałych kierowców i zawróciłem w stronę mojego domu. Pomińmy fakt, że w przeciągu ostatnich trzydziestu czy czterdziestu minut złamałem kilkanaście przepisów. Na szczęście droga powrotna minęła mi szybko i w opanowanej atmosferze. Nim się obejrzałem dotarłem na naszą ulicę... W momencie kiedy miałem skręcić pod nasz dom, zobaczyłam, że ktoś już tam zaparkował... Samochód wydawał mi się dziwnie znajomy, aczkolwiek na tą chwilę nie miałem pojęcia czyją był własnością... Zatrzymałem się za nim i wysiadłem ze swojego auta. Szybko ruszyłem do domu, ponieważ musiałem zrobić sobie zimny okład na ten mój coraz bardziej obolały nos... Otworzyłem drzwi i wszedłem do domu.
- Harry to Ty? - usłyszałem głos Louis'a dobiegający z salonu... 
- Tak, a co?? - odkrzyknąłem udając się do kuchni. 
- Masz gościa... - powiedział cicho mój przyjaciel stojąc już w progu...  Nie mam pojęcia dlaczego, ale od razu twarz Camili pojawiła się przed moimi oczami... Owszem taka myśl, była kompletnie niedorzeczna, no ale zdesperowany mężczyzna potrafi wmówić sobie wszystko. Zostawiłem przedmioty, które zdążyłem już wyjąć i pobiegłem do salonu... Jednak kiedy tam dotarłem poczułem jednocześnie rozczarowanie, zdezorientowanie i przerażenie... Na kanapie siedziała Caroline i wyglądała jakoś tak inaczej... Przez dłuższą chwilę przyglądałem się jej, ale nie mogłem określić co jest w niej nie tak… Nagle moja głowa wyprodukowała jedno pytanie i zanim ugryzłem się w język moje usta już je wypowiadały…
- Przepraszam Cię bardzo a co Ty tutaj robisz? - spytałem, ale nie byłem pewien czy chcę znać odpowiedź... 
- Witaj Harry... Ja również się cieszę, że Cię widzę... Swoją drogą nieładnie to tak znikać bez wieści po upojnej nocy... – powiedziała kokieteryjnie, a ja czułem jak moja złość, którą zdołałem opanować kilkanaście minut temu powraca ze zdwojoną siłą…
- Wynoś się stąd... Rozumiesz? Wyjdź! - wrzasnąłem... Przysięgam, że ktoś za chwile może zginąć... I to z mojej ręki…
- Oj Harry... Harry... Rozluźnij się i najlepiej usiądź, bo mam Ci coś ważnego do powiedzenia... – odparła niczym niezrażona… Miałem ochotę podejść do niej i zacisnąć szczelnie swoje dłonie wokół jej szyi…
- Nie obchodzi mnie to co masz mi do powiedzenia... Zniszczyłaś mój związek z najwspanialszą dziewczyną jaką kiedykolwiek poznałem… Jeszcze Ci mało??
- Harry Twoje słowa mnie ranią, a nie powinnam się denerwować w moim stanie... - powiedziała z chytrym uśmiechem na twarzy. Miałem wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy…
- O czym Ty mówisz?? - spytałem zdezorientowany...

- O tym, że za pięć miesięcy zostaniesz tatą...
************************************************************************
Witajcie moi drodzy! Tak wiem, że to nie sobota, tak wiem, że pod poprzednim rozdziałem nie ma ani jednego komentarza, ale... Z racji tego, że nieuchronnie zbliżamy się do końca wakacji, a zarazem końca tego opowiadania wymyśliłam, że od dziś rozdziały będą pojawiały się codziennie... Epilog zostanie opublikowany w poniedziałek 31 sierpnia! Mi jest to bardzo na rękę, ponieważ od września zaczynam naukę w liceum, a także mam klasę dyplomową w muzyku więc chciałabym się temu oddać całkowicie... Nie wiem jak mi to wyjdzie... Możliwe, że nie wytrzymam i zacznę pisać nowe opowiadanie, ale tego jak na razie nie obiecuję! Będziecie mi musieli wybaczyć to, że prawdopodobnie w kolejnych rozdziałach nie pojawią się już żadne gify, a jeśli już to ich znikoma ilość... Mimo wszystko ja uważam, że najważniejsza jest treść, a nie obrazki... 
A teraz przejdźmy do rozdziału. Co o nim myślicie?? Chyba po raz pierwszy cały rozdział jest z perspektywy Harry'ego... Poza tym dużo się tutaj wydarzyło... Ja uważam, że wyszedł mi całkiem nieźle... No, ale nie moja opinia jest tutaj najważniejsza więc czekam na komentarze i lecę pracować nad kolejnymi rozdziałami ;) Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i "do jutra"! <3 

Aleksandra *o*

czwartek, 13 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty szósty

*Camila*  Nastrój 
Dziś zmuszona byłam wstać już o piątej.  Znów przez moje nocne koszmary. Chyba nie muszę
dodawać, że ich głównym bohaterem był Harry... Nie będę się zagłębiać w szczegóły, aby oszczędzić Wam czasu. W każdym bądź razie doszłam do wniosku, że podczas pobytu dziewczyn i taty nie dawałam po sobie poznać jak bardzo wstrząsnęła mną informacja, że chłopcy wracają wcześniej... Jednak teraz moje obawy i przerażenie nawet to nie całkiem świadome objawiają się w czasie snów... Coś w głębi serca podpowiada mi, że ich powrót może  przynieść ze sobą wiele innych niespodziewanych wydarzeń...
W każdym bądź razie mam nadzieję, że co by się u nich nie działo to ja nie będę tego częścią. Dlaczego "mam nadzieję"? Chyba zdołałam na tyle poznać chłopców, iż wiem, że potrafią wplątać mnie we własne problemy nawet podczas mojej nieobecności... I choć jestem pewna , że tata i dziewczyny mnie nie zdradzą to mam świadomość tego iż istnieje masa innych sposobów na odnalezienie mnie... A wszystkim wiadome jest to, że chłopcy mają różne znajomości więc... Boże czemu nie ostrzegałeś mnie przed wchodzeniem w związek ze sławną osobistością? Dlaczego ja sama byłam na tyle głupia i otępiała, żeby się na to wszystko zgodzić? Gdyby nie tamten jeden błąd teraz byłabym w Londynie, a za kilka godzin szykowałabym się na próbę w teatrze... Jednak szybko uświadomiłam sobie, że gdybym nie związała się z Harry'm to teraz nie oczekiwałabym przyjścia na
świat mojego maleństwa, a także nie przyjechałabym tutaj i nie poznałabym Ashton'a... A to są jakby nie patrzeć pozytywy tego całego zamieszania... Wszystko ma swoje dobre i złe strony... Nie ma co gdybać... Jakbym tak zaczęła się zastanawiać nad wszystkimi decyzjami w moim życiu to również mogłoby się okazać, że wybierałam nie tak jak powinnam... Lecz każdy człowiek uczy się na własnych błędach i tego powinnam się trzymać...
Jednakże kwestia mojej pobudki lub tego jak dziś spałam nie jest najważniejsza gdyż późniejsze wydarzenia z dzisiejszego dnia przekroczyły moje najśmielsze wyobrażenia, ale powoli i od początku... Z racji tego, że wstałam tak wcześnie mogłam pozwolić  sobie na długą odprężającą kąpiel z dużą ilością piany,  przesiadywanie przed szafą podczas wybierania ubrań na dzisiejsze spotkanie z Ashton'em, a następnie spędzanie około pół godziny przed lustrem wykonując nieskazitelny makijaż.
O godzinie dziesiątej usłyszałam dzwonek do drzwi... Nawet nie wiedziałam, że podczas wykonywania zwykłych zabiegów pielęgnacyjnych czas tak szybko ucieka. Zbiegłam po schodach w najszybszym i możliwym dla mnie tempie, a następnie energicznie otworzyłam drzwi. W progu ujrzałam nie kogo innego jak tylko mojego sąsiada. Jego widok sprawił, że na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech od ucha do ucha... Owszem taka reakcja jest równie dziwna co niemożliwa, a jednak.
Kiedy tylko pomyślę o naszym pierwszym spotkaniu wprost nie mogę uwierzyć, że nasze relacje tak bardzo się ociepliły... Wiem, wiem... Dużo z Was jak nie wszyscy może sobie pomyśleć, że to tak zwana powtórka z rozrywki, bo... z Harry'm było tak samo, ale kto wie... Przecież nie wszyscy muszą być od razu podłymi i bezdusznymi kłamcami... Tym bardziej, że gdyby się tak głębiej zastanowić to ze Styles'em jednak było całkiem odwrotnie gdyż on najpierw wydawał się być miłym dopiero później pokazał to na co go stać... Ashton'a natomiast poznałam od tej gorszej strony, ale z czasem zaczęłam odkrywać, że tak naprawdę kryje się w nim całkiem inna osoba i nadal nie odpuszczałam sobie postanowienia, że w końcu osiągnę cel i pomogę mu pozbyć się tej gburowatej maski. No dobrze, ale o tym już wiecie, a teraz przechodzę do dalszego opowiadania..
Chłopak powitał mnie, krótkim cześć po czym ukazał zęby w nieśmiałym uśmiechu. Odpowiedziałam mu tym samym i nastała cisza... Nie miałam pojęcia czy mam go zaprosić do środka, no bo w sumie mieliśmy gdzieś wyjść, a teraz stoimy w przejściu jak kołki i żadne z nas się nie odzywa... Już miałam coś powiedzieć i nawet zrobiłam minimalny krok w tył kiedy Ashton stwierdził, że powinniśmy już iść... Kiwnęłam głową, wyszłam z domu, zamknęłam drzwi na klucz i zeszłam za nim po schodach.  Ashton wziął moją dłoń i razem ruszyliśmy, jak to on określił, na spacer.
Przez cały wczorajszy wieczór myślałam, gdzie możemy się wybrać jednak do tej pory nic nie przychodziło mi do głowy. Dopiero gdy wyszliśmy z domu, dostałam olśnienia i zaczęłam się powoli domyślać celu naszej wędrówki. Mimo to postanowiłam nie poruszać tego tematu. Prawdopodobnie dlatego, gdyż sama chociaż po części chciałam mieć niespodziankę... A tak ogólnie rzecz biorąc to nie poruszyliśmy też żadnego innego tematu. Dlaczego?? Ponieważ miałam wrażenie, że chłopak
idący obok mnie jest obecny ciałem, ale nie duchem... Skąd taka myśl? Po prostu chyba dało się odczuć ten niepokój i jakiś rodzaj stresu bijący od niego. Z racji tego, że nie chciałam mu przeszkadzać również szłam w milczeniu i podziwiałam zmieniający się krajobraz, w międzyczasie oddając się własnym myślom. Coraz częściej przyłapuję samą siebie na analizowaniu minionych miesięcy, a każde takie podejście do rozmyślań kończyło się nowymi i całkowicie odmiennymi wnioskami. Tym bardziej w ostatnim czasie kiedy w moje ręce trafił poradnik dla przyszłych mam. Dlaczego właśnie od tamtego momentu? Już wyjaśniam... Otóż w tej jakże przydatnej książce, niemalże w każdym rozdziale podkreślają jak bardzo istotna jest rola ojca w wychowaniu dziecka... Kiedy widzę takie stwierdzenie i to jeszcze pogrubioną czcionką mam ochotę wyrzucić ten cały podręcznik przez okno... I choć  wiem, że za żadne skarby nie mogę wrócić do Harry'ego to z drugiej strony widzę krzyczący napis... "DZIECKO MUSI MIEĆ OJCA!" i się podłamuję... W takich chwilach, w mojej głowie pojawia się lawina wspomnień związanych ze Styles'em, które najpierw przywołują uśmiech na mojej twarzy, ale później przynoszą to co zwykle ból i wrażenie rozdrapywania zabliźniających się już ran. Czasami to wszystko mnie przerasta... Mam dość siebie, swojego życia, świata, w którym przyszło mi żyć. Rzec można, że dopada mnie wtedy typowa handra typowa chandra, jednak ja czuję, że to jest coś więcej... Możliwe, że są to, już kiedyś wspomniane, pierwsze objawy depresji... Nie mam zielonego pojęcia.  I jak na razie nie dane mi było dowiedzieć się niczego więcej, gdyż Ashton oznajmił, że dotarliśmy na miejsce.
 Przez to całe zamyślenie nawet się nie zorientowałam, że... miałam rację... Spokojnym spacerkiem przebyliśmy drogę na wrzosowisko - miejsce naszego pierwszego spotkania. Czyżby Ashton chciał zacząć od początku? (Nie powiem, ale zdobyłby tym u mnie wielkiego plusa...) Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że wszystkiego się dowiem za chwilkę. Jak na razie skupiłam swój wzrok na oglądaniu widoków... Wprawdzie tym razem nie były one już tak piękne, ponieważ każdy zimny dzień przynosił ze sobą więdniecie kwiatów, brązowienie traw i opadanie liści, aczkolwiek  magiczna aura tego miejsca wprawiała w zachwyt każdego człowieka.
Bez większego zastanawiania usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy wpatrywać się w błękitno-szare niebo. Gdzieniegdzie płynęły sobie małe chmurki, więc zajęłam się rozpoznawaniem kształtów, jednak na dłuższą metę nie było to czymś hmmm pasjonującym czy fascynującym.  Milczeliśmy jeszcze przez dłuższą chwilę... Ta cisza zaczynała się w tym momencie robić męcząca, ale kiedy już chciałam przerwać to otępienie, Ashton cichym i niepewnym głosem zaczął mówić...
- Widzisz Camilo kiedy tu przyjechałaś poznałaś mnie od tej złej strony... W dodatku wszyscy
przedstawili Ci mnie jako chłopaka, który wdaje się w bójki, jeździ motorem jak szaleniec i ogólnie sieje spustoszenie w każdym miejscu gdzie się pojawi. Owszem po części mieli rację... Zapewne Twoja ciotka powiedziała Ci, że nie byłem taki od początku, że pewnego dnia coś się stało i zmieniłem całe swoje nastawienie do wszystkiego co mnie otacza. Tu też się w niczym nie pomyliła... Dotychczas nikt nie poznał mojej prawdziwej historii. Zanim jednak zacznę swoją opowieść chciałbym Cię bardzo przeprosić za moje zachowanie podczas naszego pierwszego spotkania i... zaproponować, żebyśmy zaczęli naszą znajomość od początku... - Nie miałam pojęcia co mam powiedzieć... Chociaż spodziewałam się podobnego scenariusza to jednak, kiedy stanęłam przed faktem dokonanym nie byłam w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę... Nie mogłam wydusić słowa dlatego też położyłam swoją rękę na dłoni chłopaka i uśmiechnęłam się promiennie... Sam fakt, że za chwilę dokona się coś czego oczekiwałam, co było jakby częścią mojego celu w jakiś sposób sprawił, że oniemiałam... Na szczęście Ashton zrozumiał, że tym gestem wyraziłam swoją zgodę gdyż zaczął mówić... - Dwa lata temu w tym miasteczku była trójka przyjaciół. Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Ja, Jason i Emily cóż... Byliśmy ze sobą bardzo zżyci... Nie było chwili, której nie spędzaliśmy w swoim towarzystwie... Wspólne wakacje, wypady do kina, imprezy i tym podobne... Zawsze razem bez względu na nic... - do tego momentu jego wyraz twarzy był bardzo neutralny. Jednak po ostatnim zdaniu zatrzymał się, westchnął, i promiennie się uśmiechnął jakby na wspomnienie starych
dobrych czasów. Chwilę później już kontynuował swoją historię, ale nadal z uśmiechem na twarzy. -Któregoś pięknego dnia doszedłem do wniosku, że czuję coś więcej do Em... Postanowiłem jej to wyznać dlatego też kupiłem kwiaty, wystroiłem się jak nie wiadomo jaki elegant i pojechałem pod jej dom. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj... Pogoda była piękna... Świeciło słońce, a na błękitnym niebie nie było ani jednej chmury. Jakby nie patrzeć warunki idealnie sprzyjające do wyznania miłości. No więc "wyciągnąłem" Emily z domu pod byle pretekstem i bez żadnych uprzedzeń poinformowałam ją o tym co do niej czuje... – nie sądziłam, że jego uśmiech może być jeszcze większy, ale właśnie mnie o tym uświadomił. -Uwierz mi, że nie jesteś nawet w stanie wyobrazić sobie mojej radości, kiedy ówczesna przyjaciółka stwierdziła, iż odwzajemnia moje uczucia... Zaczęliśmy spotykać się ze sobą częściej tylko sam na sam, ale mimo wszystko staraliśmy się nadal być tak samo zgraną grupą trójki przyjaciół. Jason nie był ani zły, ani przeciwny temu związkowi, wręcz przeciwnie bardzo nam kibicował... Czy mogło być piękniej? Znalazłem miłość swojego życia, a przy tym nie straciłem żadnego z przyjaciół... Tak było przez calusieńki rok... Możesz mi wierzyć lub nie, ale odliczałem ostatnie dni do równej rocznicy gdyż miałem dla Emily wspaniałą niespodziankę... Stwierdziłem, że jesteśmy ze sobą już tak długo, kochamy się najbardziej na świecie i nie widzimy świata poza sobą dlatego też postanowiłem się jej oświadczyć. Nadszedł w końcu ten dzień... Ubrałem się w swój najlepszy garnitur, kupiłem największy bukiet czerwonych róż i najpiękniejszy pierścionek, a następnie udałem się do domu swej ukochanej...
Podekscytowany i szczęśliwy wszedłem do jej domu bez pukania, ani dzwonienia... – zauważyłam jak od tej chwili mina mu coraz bardziej rzednie…Nie miałam nawet pojęcia dlaczego, ale wiedziałam, że za chwilę się dowiem… -Podczas drogi do jej pokoju czułem się jakbym leciał na skrzydłach, ale kiedy otworzyłem drzwi spadłem i to z ogromnym hukiem... Zastałem swoją dziewczynę w sypialni ze swoim najlepszym przyjacielem... Emily znalazła taki sposób na spędzenie naszej okrągłej rocznicy...- tu ponownie się zatrzymał, a ja znałam już odpowiedzi na wszystkie pytania krążące po mojej głowie… Nie wiedziałam czy to już koniec, czy mam się odezwać… Ale nawet jeśli miałabym coś powiedzieć to kompletnie nie wiedziałam co… Zaskoczenie i niedowierzanie ogarnęło cały mój umysł… Jak? Jakim cudem? A przede wszystkim dlaczego?? W moje myśli wkradł się poważny głos Ashton’a. - To właśnie sprawiło, że stałem się taki oschły i zgorzkniały... To właśnie ta sytuacja wyzuła mnie z wszelkich uczuć... Nie byłem w stanie uwierzyć w to, że istnieje prawdziwa miłość. Nie wierzyłem kompletnie w nic. A jeżeli zastanawiasz się co miało miejsce po tym całym zdarzeniu to już Ci odpowiadam... Emily i Jason zamieszkali razem jakby nigdy nic i stali się najwspanialszą parą na świecie... Nawet nie próbowali się tłumaczyć czy...- tu znów zatrzymał się na chwilę, wziął głębszy oddech i całkowicie zmienił temat- Wiesz dlaczego tak bardzo na Ciebie naskoczyłem podczas naszego pierwszego spotkania? - zapytał, a ja pokręciłam przecząco głową, bo tylko na tyle było mnie stać w tamtym momencie - ponieważ z wyglądu jesteście do siebie podobne niemalże jak dwie krople wody. - domyśliłam się, że Ashton zakończył swój monolog gdyż spuścił głowę i przez dobrych kilka sekund w ogóle się nie odzywał. Nadal nie miałam pojęcia jak się zachować... Z jednej strony byłam zaszczycona tym, że Ash obdarzył mnie takim zaufaniem i wyznał całą prawdę, a z drugiej świadomość jak bardzo został skrzywdzony jeszcze bardziej mnie przytłoczyła... Niepewnie podniosłam dłoń i musnęłam palcami kilka kosmyków jego kręconych włosów... Chłopak spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął dzięki czemu dodał mi trochę otuchy...
- Hmmm... Ashton... Najpierw chciałabym powiedzieć, że jestem bardzo zaskoczona... Tym, że opowiedziałeś mi jako jedynej swoją historię, ale także jej treścią... Nigdy nie pomyślałabym, że dziewczyny również są zdolne do takich czynów jak ta cała Emily... Mam nadzieję, że po upłynięciu tego roku doszedłeś do wniosku, że to ona nie zasługiwała na kogoś tak wspaniałego jak Ty, a jeżeli jeszcze sobie tego nie uświadomiłeś to robię, to ja! W związku z tym, że Ty podzieliłeś się ze mną swoją historią to i ja postanowiłam Ci coś opowiedzieć, ale to za chwilkę. Przedtem chciałam tylko zaznaczyć, że mimo tego, iż może jesteśmy do siebie podobne z wyglądu to charaktery mamy całkiem odmienne... A teraz... Przyszedł czas na wyznanie czegoś o mnie... Zacznijmy od tego, że chłopak, którego widziałeś na ekranie mojego laptopa ma na imię Harry... Poznaliśmy się w dość nietypowy sposób i ogólnie początek naszych relacji nie był zbyt kolorowy. Uwierz mi, że od pierwszej chwili kiedy się tylko spotkaliśmy nienawidziłam go i nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Jednak los chciał inaczej… Niemalże każdego dnia gdzieś się spotykaliśmy… Nie mam zamiaru wdawać się w szczegóły. – moja mimika również zmieniała się z każdym zdaniem, ale nie mogłam nad tym zapanować… Moja twarz odzwierciedlała każde towarzyszące mi uczucie… -W każdym bądź razie po kilku spotkaniach mniej lub bardziej zaplanowanych postanowiliśmy, że spróbujemy dać sobie szansę jako para.  Byliśmy taką cudowną parą przez jakiś miesiąc i… I po tych czterech wspaniałych tygodniach, przepełnionych wycieczkami, wyjazdami i różnymi atrakcjami mój chłopak również postanowił zrobić mi ogromną niespodziankę, tylko, że ona nie była tak cudowna jak ta, którą przygotowałeś dla Emily. Otóż po miesiącu bycia ze sobą i obiecywania przeróżnych rzeczy, Harry był na tyle wspaniałomyślny, iż zdradził mnie ze swoją byłą dziewczyną... A co w tym wszystkim najwspanialsze? Próbował ten fakt przede mną zataić na różne sposoby... Jednak z racji tego, iż jest członkiem znanego zespołu na drugi dzień już cały świat wiedział o jego "występku", więc mimo wszelakich starań wszystkiego się dowiedziałam... Jak się pewnie domyślasz nie widziałam nawet cienia szansy na to, żebym mu wybaczyła... I wszystko byłoby idealnie gdybym kilka dni później nie dowiedziała się, że jestem z nim w ciąży.... Na początku to do mnie nie docierało, nie mogłam uwierzyć, że zostanę matką w tak młodym wieku... Raz nawet przeszło mi przez myśl, żeby poddać się „zabiegowi” – tu spojrzałam na niego wymownie… Po prostu słowo na „a” nie przechodziło mi przez gardło. - ale wtedy poszłam na cmentarz i porozmawiałam z moją zmarłą mamusią, która w cudowny sposób wybiła mi ten pomysł z głowy. Kiedy już oswoiłam się z tą myślą postanowiłam wyjechać, zmienić numer i już nigdy więcej nie spotkać się z Harrym... Ot i cała moja historia...- Starałam się opowiadać wszystko ze spokojem, niestety nie udało mi się powstrzymać łez. Wprawdzie na moich policzkach pojawiły się tylko dwie krople słonej cieczy mimo wszystko
świadczyły one o tym, że jestem słaba i cały czas przeżywam coś co przecież miało miejsce prawie pięć miesięcy temu... Kiedy już miałam otrzeć łzy, Ashton mnie wyprzedził i już po chwili to jego kciuk dotykał mojej skóry... Przez moje ciało przeszedł delikatny, ale przyjemny dreszcz, którego nie czułam od tak dawna co wzbudziło we mnie niedowierzanie i ogromne zaskoczenie. Nie byłam tylko do końca pewna czy to przez dotyk Ashton'a, czy przez ruchy dziecka, które według poradnika, mogłam już odczuwać... Niestety nie dane było mi się tego dowiedzieć gdyż nic podobnego się już później nie powtórzyło... W każdym bądź razie nie zastanawiałam się nad tym dłużej, ponieważ zaczęłam działać impulsywnie i słuchając wskazówek serca, a nie rozumu. Podniosłam swoją rękę i położyłam na dłoni Ashton'a w chwili kiedy już otarł obydwa policzki. Chłopak spojrzał mi głęboko w oczy, a mi aż zawirowało w głowie... Jeszcze chyba nigdy w życiu nie patrzył na mnie takim przenikliwym wzrokiem... W pozytywnym znaczeniu tego wyrażenia oczywiście... Moje serce zaczęło bić w szybszym tempie i to właśnie na tym zjawisku skupiłam swoją całą uwagę, dlatego też nie zauważyłam jak bardzo zbliżyły się nasze twarze... Nie byłam w stanie tego przedłużać... Jak już wcześniej wspomniałam słuchałam tylko i wyłącznie wskazówek
serca gdyż mój rozum w tamtym momencie tymczasowo się wyłączył... Przysunęłam się jeszcze bliżej i nie czekając ani chwili musnęłam swoimi ustami miękkie wargi Ashton'a... Wtedy przez moje ciało przeszedł już mniej delikatny dreszcz, który zdołał wyczuć nawet Ashton. Po czym to stwierdzam? Po tym jak uśmiechnął się poprzez nasz pocałunek, który trwał i trwał... Oboje
byliśmy spragnieni prawdziwej miłości dlatego wydarzyło się to co się wydarzyło... Co będzie dalej? Tego w tym momencie nie wie nikt...
*********************************************************************************
Witam Was bardzo serdecznie po dłuższej przerwie! Właśnie od tego pragnę zacząć... Rozdział nie pojawił się w sobotę ponieważ... W tym momencie mogłabym wymienić wiele powodów, bo ostatnio bardzo dużo się u mnie dzieje, ale chcę być z Wami szczera i napiszę caluteńką prawdę otóż byłam bardzo cierpliwa... Czekałam z gotowym rozdziałem już od dłuższego czasu na komentarze i w ogóle, ale nie pojawiało się nic... Przez tydzień nie pojawił się ani jeden komentarz... Byłam wściekła i fochnięta... Stwierdziłam, że na razie to rzucam...  Nie wiem na ile, nie wiem na kiedy, ale musicie mieć jakąś nauczkę... Później pomyślałam, że prawdopodobnie nikt nie zauważy braku działalności na blogu, bo nikt go nie czyta i jeszcze bardziej utwierdzałam się w przekonaniu żeby nic nie pisać i nie publikować... Aż do wczoraj... Komentarz Forever Yours i nowej czytelniczki przywrócił mi wiarę w Was więc postanowiłam dłużej nie zwlekać i... oto jest dwudziesty szósty rozdział z wieloma wyjaśnieniami... Dosłownie wyłam jak go pisałam więc myślę, że jest całkiem dobry, ale moje zdanie tu liczy się najmniej więc... Proszę Was o to abyście już po otrząśnięciu się, przyswojeniu wszystkich informacji i oderwaniu wzroku od gifów z przeboskim Ashton'em napisały chociaż kilka słów z własną opinią gdyż to wiele dla mnie znaczy!!! Nie wiem co mogę tu jeszcze napisać... Pytań chyba nie muszę zadawać, bo po takim rozdziale to komentarz sam się piszę bez żadnych pomocy od autora więc... ja teraz siedzę i czekam na jakiś odzew od Was... Mam nadzieję, że nie zmusicie mnie do kolejnych fochów i "zawieszeń"! Pragnę zadedykować ten rozdział  Darii Wojdak, no i oczywiście Forever Yours również zasługuję na dedykację!!! Myślę, że Was nie zawiodłam... <3 
Pozdrawiam wszystkich czytelników i jeszcze raz namawiam do pisania komentarzy... Dla Was to tylko kilka minut, a dla mnie godziny, a nawet dni radości, ekscytacji i motywacji do dlaszego tworzenia!!! Przesyłam uściski i całusy!!! <3 



Aleksandra *o*

sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty piąty

*Cami*


Obudziłam się chociaż zapuchnięte oczy niezbyt temu sprzyjały... Jak ja nienawidzę pożegnań.
Mój tata i dziewczyny wyruszyli wczoraj wieczorem do domu... Płakałam przez połowę nocy, a kiedy już zdołałam zasnąć mój mózg zafundował mi maraton koszmarów. Byłam zmęczona, niewyspana, zirytowana, rozkojarzona... mogłabym tak wymieniać bardzo długo, ale wątpię, żeby kogokolwiek to obchodziło. Zeszłam na dół i już od samego początku zaczęłam pokazywać jak bardzo jestem zła na cały świat... Na szczęście moja ciocia jest bardzo wyrozumiałą osobą dlatego też gdy tylko zobaczyła w jakim jestem stanie podeszła w moją stronę i przytuliła mnie najmocniej jak tylko potrafiła i tym samym poprawiła mi humor o jakieś trzydzieści procent. W momencie kiedy zobaczyła cień uśmiechu widniejący na mojej twarzy postanowiła się ulotnić informując mnie tylko o tym, że dziś idzie do pracy na drugą zmianę... Ja natomiast zabrałam się za robienie jakiegoś śniadanka. Od tygodnia no może dwóch zaczynam zauważać u siebie wzmożony apetyt... Z tego co wyczytałam to dobrze, ponieważ w drugim trymestrze ciąży przypada największy przyrost masy ciała... Podeszłam do lodówki i przejrzałam wszystkie półki jednak przez dłuższy czas nie wiedziałam co mam zjeść... Walczyłam sama ze sobą gdyż miałam różne zachcianki, aż w końcu wyjęłam dwie kromki chleba posmarowałam je dżemem, później położyłam na to żółty ser i polałam to wszystko odrobiną płynnego miodu... Spokojnie moje drogie... Wszystko ze mną w porządku... Takie zachcianki to norma... Tym bardziej, że przez poprzednie trzy miesiące nie mogłam patrzeć na żadne jedzenie. Zaopatrzona w talerz z kanapkami i kubek z herbatą owocową powędrowałam na
górę. Postawiłam wszystko na swoim stoliku  nocnym, weszłam pod kołdrę i zaczęłam czytać kolejne rozdziały poradnika delektując się swoim przepysznym śniadankiem... Możecie wierzyć mi lub nie, ale po skonsumowaniu kanapek zrobiłam się tak bardzo senna, że nie byłam w stanie nawet odłożyć książki. Powieki bezwładnie opadły, a ja wreszcie mogłam w pełni oddać się w objęcia Morfeusza... Kiedy otworzyłam oczy z godziny dziewiątej stała się trzynasta. Niemalże zerwałam się z łóżka i szybkim krokiem podeszłam do szafy. Przyznam szczerze, że te kilka godzin snu bardzo dobrze wpłynęły na moje samopoczucie. Czułam się teraz taka rześka, wypoczęta i pełna energii. Wyjęłam z szafy wczoraj zakupioną sukienkę i sweterekpo czym udałam się do łazienki, aby tam przebrać się w wybrany strój. Następnie nałożyłam na twarz delikatny makijaż i wróciłam do pokoju. Przejrzałam się w lustrze i byłam zachwycona... Ciocia miała rację mówiąc, że ciąża mi służy... Dzięki temu, że biorę witaminy moje włosy stały się dłuższe i błyszczące, a delikatnie zarysowany brzuszek dodawał tylko uroku... Hahaha... Bo zaraz popadnę w samozachwyt. Muszę odejść od tego lusterka. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wzięłam tylko torebkę i zeszłam na dół... Ciocię zastałam w kuchni z czego bardzo się cieszyłam, ponieważ musiałam jej coś oznajmić. Niepewnie weszłam do pomieszczenia jednak ciocia jakimś cudem zdołała mnie usłyszeć gdyż sekundę później jej wzrok
spoczął na mnie i zmierzył moją osobę od stóp do głów... 
- Camciu słońce Ty moje mam wrażenie, że gdzieś się wybierasz... - powiedziała i spojrzała na mnie z tym swoim chytrym uśmieszkiem...
- Przed ciocią nic się nie ukryje... Otóż ma ciocia rację... Wybieram się na obiad do naszych sąsiadów gdyż w piątek otrzymałam zaproszenie od Ashtona... - odparłam delikatnie się rumieniąc...
- Och... On Cię chyba polubił czyż nie?? - spytała i zrobiła krok w moją stronę...
- Oj ciociu... Przecież my się znamy dopiero tydzień... Zaprosił mnie tylko dlatego ponieważ jego mama chciała mnie poznać... - i w tym momencie pożałowałam, że nie ugryzłam się w język... Uśmiech na twarzy cioci powiększył się do niemożliwych rozmiarów, a w oczach pojawiły się jakieś iskierki...
- Toż to jeszcze lepiej!!! Już ma zamiar przedstawić Cię rodzinie...
- CIOCIU! Śmiem powtórzyć, że znamy się dopiero tydzień... - zaczynam się powoli bulwersować, aczkolwiek ta cała sytuacja jest dość zabawna...
- Oj Cami... Przecież wiesz, że istnieje takie zjawisko jak miłość od pierwszego wejrzenia - odparła rozmarzonym wzrokiem i najnormalniej w świecie westchnęła...
- Wychodzę! Nie mam siły na dalsze wysłuchiwanie tych bzdur... - wypowiadałam te słowa niemalże trzęsąc się ze śmiechu... Ach te ciotki... Bywają bardzo pocieszne... Wyszłam z kuchni, założyłam balerinki i skórzaną kurtkę i opuściłam ciepłe wnętrze willi cioci. Szczerze mówiąc to spodziewałam się cieplejszej aury na dworze. Przez okno zdołałam zauważyć, że świeci delikatne słońce, jednak wszystko to psuł zimny i porywisty wiatr, który zapierał aż dech w piersiach. Szybkim krokiem przemaszerowałam przez całe podwórko... Nie minęły dwie minuty, a już znajdowałam się pod domem Ashtona. Bez zastanowienia wcisnęłam przycisk dzwonka i dopiero wtedy mnie olśniło... Raczej nie powinnam przychodzić tak bez zapowiedzi... Może akurat dziś zaplanowali sobie miłe popołudnie, a ja tak się wproszę i... No nie. Jak zwykle mądre myśli przychodzą do mnie po fakcie.
Wprawdzie mogłam jeszcze zawrócić, ale... W tej chwili mahoniowe drzwi otworzyły się i w progu ujrzałam Ashton'a ubranego tak jakoś inaczej... Ciemne dżinsy i czarna bluzka z długim rękawem... Wyglądał bardzo oficjalnie przez co jeszcze bardziej pożałowałam, że w ogóle tu przyszłam... Jednak mina Ashton'a nie wyrażała złości ani rozczarowania... Mówiąc szczerze widniały na niej takie uczucia jak szczęście i radość...
- Witaj Camilo! Właśnie wybierałem się do Ciebie... - jego głos również brzmiał jakoś tak inaczej... Był bardziej promienny i... Ale moment! Czy on powiedział, że zamierzał przyjść do mnie? W takim stroju? Chyba czegoś tu nie ogarniam...
- Witaj Ashtonie... A ja postanowiłam, że wpadnę do Ciebie i wproszę się na obiad o ile jest nadal aktualny... - odparłam dość niepewnie...
- Oczywiście, że jest... Właśnie z tą sprawą miałem zamiar przyjść... Ojej. Ale idiota ze mnie. Wejdź proszę... Pewnie zmarzłaś...
Miałam ochotę się roześmiać... Takim szczerym i niepohamowanym śmiechem... Gdyby ktoś kilka dni temu powiedział mi, że ujrzę Ashton'a uśmiechniętego i opiekuńczego pewnie zrobiłabym to samo... Nigdy w życiu nie uwierzyłabym, że osoba o tak mrocznym charakterze w jeden tydzień może stać się pogodnym człowiekiem. A jednak stwierdzenie, że pozory mylą jest jak najbardziej prawdziwe i aktualne... Zgodnie z zaproszeniem Ashton'a weszłam do środka i od razu otuliło mnie ciepło i przytulność tego mieszkania... Chłopak zamknął drzwi, po czym pomógł mi zdjąć kurtkę i zaprowadził do jadalni. Tam zastałam ślicznie nakryty stół czekający na to, aby ktoś wreszcie zajął przy nim miejsce. Jednak ja uważałam za stosowne, aby poczekać na rodziców Ashton'a. Po kilku
minutach do "pokoju" weszła kobieta średniego wzrostu... Jak na moje oko miała coś koło czterdziestu lat... Może miała więcej, ale wyglądała na dość młodą gdyż była szczupła, zadbana i promienna.
- Dzień dobry nazywam się Alice Montgomery i jestem matką tego oto młodzieńca... A Ty pewnie jesteś Camila... - powiedziała to z tak szczerym uśmiechem, iż automatycznie podbiła moje serce... Od razu wiedziałam, że bardzo ją polubię...
- Bardzo miło mi panią poznać... Oczywiście ma pani rację. Nazywam się Camila Evans i jestem siostrzenicą pani sąsiadki... - mimo tego, że ją polubiłam tak bardzo się zestresowałam, że nie do końca wiedziałam jakie słowa tak na prawdę płyną z moich ust...
- Może to trochę nie na miejscu gdyż gościsz w naszym domu po raz pierwszy, a ja już będę miała do Ciebie prośbę... - wyraz jej twarzy z pogodnego zmienił się na lekko zakłopotany. Jednak ja miałam wrażenie, że dla tej kobiety mogłabym zrobić wszystko... Czy to przypadkiem nie jest troszeczkę dziwne??
- Pański dom, pańskie zasady. Niech pani prosi o co tylko zechce... - odparłam z promiennym uśmiechem... Nagle i niespodziewanie poczułam dłoń na swoim ramieniu. Oczywiście domyślałam się do kogo należy jednak nie wiedziałam co miał oznaczać ten gest... Czy miał dodać mi otuchy, a może to po prostu tylko wyraz zwyczajnej przyjaźni... W tamtej chwili nie miałam zielonego pojęcia, ani nawet czasu, żeby się nad tym zastanowić.
- No więc dobrze... Czy mogłabyś mówić do mnie po imieniu. Kiedy słyszę "pani" czuję się tak bardzo stara...
- Ależ... Nie jest pani stara... No, ale skoro pani prosi... Ojej. Przepraszam... Postaram się...
Kobieta roześmiała się widząc moje zakłopotanie po czym poszła do kuchni jak się domyślałam w celu przyniesienia obiadu. W mojej głowie pałętała się jedna myśl... Przecież ciocia mówiła, że tu mieszkają PAŃSTWO Montgomery wraz z synem no więc gdzie jest ojciec Ashton'a... Jak na razie postanowiłam ugryźć się w język i o nic nie pytać. Z racji tego, że chłopak również gdzieś nagle zniknął postanowiłam się troszeczkę bardziej przyjrzeć pomieszczeniu. Wnętrze było utrzymane w kolorach beżu, kremu i bieli, a to sprawiało, że było jeszcze bardziej przytulne. Jasne panele idealnie wpółgrały z pozostałą kolorystyką natomiast stół wykonany z ciemniejszego drewna stanowił delikatny kontrast gdyż praktycznie cały został przykryty kremowym obrusem. Jak już wcześniej wspomniałam całość prezentowała się wspaniale. Widać, że państwo Montgomery znają się na dekoratorstwie wnętrz. Kiedy skończyłam swoje oględziny w jadalni znów pojawił się Ashton wraz ze swoją mamą tylko, że tym razem w swoich dłoniach mieli różne półmiski. Moje oczy niemalże wyszły z orbit. Jeżeli oni spodziewają się na tym obiedzie jeszcze kilkanaście innych osób no to rozumiem, ale jeżeli takie ilości jedzenia są przeznaczone tylko dla naszej trójki to moim zdaniem, aż nazbyt wiele...

Jednak nikt inny się nie zjawił. Po chwili Ashton po dżentelmeńsku odsunął moje krzesełko, a następnie sam zajął miejsce obok mnie. Jego mama usiadła z mojej drugiej strony i rozpoczęliśmy "ucztę". W międzyczasie pani... przepraszam Alice wypytywała mnie o moje zainteresowania, o przeszłość, o przyszłość... Starałam się odpowiadać uprzejmie, ale jak najbardziej zdawkowo... Nie miałam zamiaru płakać nad obiadem w dodatku u swoich sąsiadów... Przyznajcie sami czyż nie
byłoby to coś dziwnego podczas pierwszego spotkania... Kiedy ja przez chwilę oddałam się swoim myślom Alice zaczęła znów mówić tym swoim miłym i ciepłym głosem.
- Camilo nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że zgodziłaś się zjeść z nami obiad... Aż trudno uwierzyć, ale ostatnią dziewczyną, którą Ashton przyprowadzał była Em...
- Mamo! - uśmiechnięta twarz chłopaka natychmiast zmieniła swój wyraz... Teraz siedział przy mnie ten Ashton, którego widziałam po raz pierwszy na polanie... Powoli zaczynam się domyślać o co w tym wszystkim chodzi, ale żeby mieć pewność muszę jeszcze trochę poczekać...
- Przepraszam Ash... - mina pani Montgomery na chwileczkę zrzedła,
ale już po chwili wszystko wróciło do normy - No, widzę, że już zjedliście to może pójdziecie na górę, a ja pozmywam... - powiedziała i wstała od stołu. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja zagorzała przeciwniczka mycia naczyń miałam ochotę jej jakkolwiek pomóc przy tej czynności... Miała w sobie jakąś przedziwną moc, która mnie przyciągała i jestem pewna, że choć cząstkę tej mocy przekazała w genach swojemu synowi...
- W takim razie chodźmy - odparł Ashton i znów jego twarz złagodniała... Ten człowiek nosi wiele masek, a moim zadaniem będzie odkrycie jego prawdziwej osobowości i to w jak najszybszym czasie... Wstałam od stołu, podziękowałam za przepyszny obiad i powędrowałam za Ashton'em. Chłopak prowadził mnie najpierw po dość krętych schodach następnie długim korytarzu, aż wreszcie stanęliśmy przed ciemnymi drzwiami, które jak już się domyśliłam prowadziły do jego pokoju.
- Camilo poznaj moje królestwo - powiedział tajemniczym tonem i delikatnie pchnął drzwi. Moim oczom ukazało się ciemne wnętrze, ale tak jak każdy kąt w tym mieszkaniu, na swój sposób przytulne. Ściany pomalowane zostały na granatowo, wszystkie meble od szaf po łóżko były koloru czarnego... Jedynym źródłem światła było niewielkie okno... Tylko dzięki niemu można było dostrzec, że na ścianach zostały powieszone różne plakaty i zdjęcia... - Zamierzasz wejść czy będziemy się tylko przyglądać? - spytał, ale w jego głosie słyszałam rozbawienie, a nie złość... Wiem, że zaraz mogę przyczynić się do zmiany jego nastroju, no ale moja ciekawość nie zna granic... Jednak zanim przystąpiłam do działania posłusznie weszłam do ciemnego pokoju. Chłopak chwycił moją dłoń i delikatnie pociągnął w stronę łóżka w taki sposób, iż po chwili oboje siedzieliśmy obok siebie i najzwyczajniej w świecie się z siebie śmialiśmy... Spokojnie... Ja też cały czas się dziwię temu, że nasze relacje tak szybko się polepszyły... Ale mówiąc szczerze jestem pozytywnie
zaskoczona, a przy tym zadowolona, bo to sprzyja mojemu planu. Po dłuższej rozmowie o wszystkim i o niczym postanowiłam przystąpić do akcji...
- Ashton... Kim jest dla Ciebie ta dziewczyna, o której wspomniała Twoja mama? - i znów ta sama metamorfoza... Z jednej strony to nie dziwię się, że inni ludzie stwierdzili iż bezpieczniej będzie zostawić ten temat w spokoju... Jednak ja nie jestem z tych co się tak łatwo poddają... Poza tym w głębi duszy wiem, że Ashton jest zbyt dobrym człowiekiem, żeby móc zrobić krzywdę osobom, które na to w żaden sposób nie zasłużyły...
- Dla mnie ta dziewczyna jest nikim i błagam Cię Cami na tą chwilę to musi Ci wystarczyć... A tak w ogóle to też mam pewne pytanie...
Miałam ochotę tupnąć nogą i zacząć krzyczeć gdyż nie lubię kiedy ktoś najzwyczajniej w świecie zmienia temat, ale z racji tego, iż Ashton pozostawił we mnie okruszynę nadziei na to, że w najbliższej przyszłości dowiem się czegoś więcej postanowiłam opanować swoje emocje.
- Zamieniam się w słuch - odparłam spodziewając się najgorszego... Skoro ja zapytałam o niejaką Emily to równie dobrze Ashton może ponownie zapytać o ojca mojego dziecka...
- Czy masz jutro wolne południe, bo jeżeli tak to chciałbym Cię zabrać w pewne miejsce... - znów udało mu się zbić mnie z pantałyku... W sumie to nie mam żadnych planów, a spędzanie dnia samotnie w domu może się dla mnie skończyć różnie więc...
- Jesteśmy umówieni... A teraz przepraszam Cię najmocniej, ale będę musiała się powoli zbierać, bo po pierwsze moja ciocia zaraz idzie do pracy, a po drugie jakoś gorzej się poczułam i... - nie zdołałam dokończyć swojej wypowiedzi, ponieważ Ashton wszedł mi w słowo...
- W takim razie odprowadzę Cię... Bo jeszcze byś zemdlała i co wtedy...
Pomińmy fakt, że nasze domy są oddalone od siebie o jakieś dwadzieścia metrów... No nieważne... Jakby nie patrzeć to w sumie każdy pretekst jest dobry. Zeszliśmy na dół, gdzie zastaliśmy panią... ugh! Zastaliśmy Alice. Pożegnałam się z nią i obdarzyłam ją najszczerszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Następnie założyłam kurtkę i wyszłam na zewnątrz wraz z Ashton'em. W momencie kiedy do moich nozdrzy dotarło świeże powietrze od razu lepiej się poczułam, mimo wszystko miałam ochotę znaleźć się już w swoim pokoju i trochę odpocząć. Nim się spostrzegłam staliśmy pod schodami prowadzącymi do mojego ówczesnego mieszkania. Nie wiedziałam jak mam się z nim pożegnać. Coś podpowiadało mi, żeby go uścisnąć, albo pocałować w policzek jednak jakoś
brakowało mi odwagi. Na szczęście tym razem "Ash", jak nazywa go jego mama, przejął inicjatywę i już po chwili poczułam jego miękkie i ciepłe wargi na swoim prawym policzku.
- Dziękuję za mile spędzone południe i do zobaczenia jutro... - powiedział lekko speszony, jakby obawiał się mojej reakcji na jego śmiałość. Oczywiście nie miał czego, bo od razu na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
- To ja dziękuję za zaproszenie... Do jutra... - odparłam i odwróciłam się. Nie minęła minuta, a już znajdowałam się we wnętrzu mojego domu. Nie zdejmując wierzchnich ubrań poszłam szybko do kuchni skąd miałam idealny widok na to co dzieje się przed domem. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam oddalającego się chłopaka. Uśmiech na mojej twarzy cały czas się powiększał, aż dziwne, że jeszcze nie zaczęły mnie boleć policzki.
- No i jak tam randka u teściów? - do moich uszu dotarł roześmiany głos ciotki. Muszę przyznać, że trochę mnie wystraszyła, gdyż pojawiła się w pomieszczeniu tak nagle i bezszelestnie, a w dodatku to pytanie... Odwróciłam się w jej stronę, a moje usta nadal wygięte były w ogromnym uśmiechu. Miałam pewność, że nic i nikt nie zepsuje mojego obecnego nastroju.
- Ciociu najdroższa! Po pierwsze to był przyjacielski obiad, a po drugie jadłam go tylko z Ashton'em i jego mamą...
- Ach no tak! Zapomniałam, że Josh wyjechał tydzień temu w delegację... - i w tym momencie zyskałam odpowiedź na dręczące mnie od początku obiadu pytanie. Jak dobrze, że nie musiałam o nic nikogo wypytywać... - Mniejsza o to. Opowiadaj tak ogólnie jak było... Tylko się streszczaj, bo za chwilę mam być w pracy. - ciocia mówiła takim tonem, iż miałam wrażenie, że ona przeżywała ten
cały obiad bardziej ode mnie... W jej oczach znów pojawiły się te błyszczące ogniki... Ona jest niemożliwa... ale jak bardzo kochana...
- Cóż mogę Ci opowiedzieć? Najpierw poznałam Alice, później zjedliśmy przepyszny obiad, a na samym końcu udaliśmy się do pokoju Ashton'a i... porozmawialiśmy sobie trochę.... - mówiłam dość spokojnie, aczkolwiek jakaś cząstka mnie niemalże skakała ze szczęścia z racji tego, że ogólnie takie "wydarzenie" miało miejsce.
- Och! Kazała Ci mówić do siebie po imieniu? Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo przypadłaś jej do gustu... - powiedziała jeszcze bardziej rozpromieniona i mimochodem spojrzała na zegarek wiszący dosłownie nad moją głową. - O Mój Boże jak późno... No to ja lecę... Będę jutro koło dziesiątej.
- Okej! - odparłam i uścisnęłam ją mocno na pożegnanie. Kiedy już byłam pewna, że wyszła i po nic nie wróci, zamknęłam za nią drzwi na klucz i udałam się na górę. Jak najszybciej się przebrałam w wygodniejsze ubrania, zmyłam makijaż i związałam włosy w niechlujnego koka na czubku głowy. Wreszcie tak przygotowana mogłam wejść pod ciepły kocyk i zacząć czytać kolejne rozdziały poradnika...
*********************************************************************************
Hej! Haj! Heeeloooł!!! Czy jesteście zdolne uwierzyć, że półmetek wakacji już za nami?? Do mnie to jakoś nie dociera... No, ale jak narazie lepiej o tym nie myśleć i cieszyć się całym miesiącem, który został... A ja przychodzę do Was tak jak (praktycznie) co sobotę i mam nadzieję, że Was nim nie zawiodłam... Moim skromnym zdaniem nie jest on jakiś cudowny, ale do najgorszych też raczej nie należy... Przepraszam, że ostatnio moje opowiadanie jest nudne jak flaki z olejem, ale obiecuję, że najbliższe rozdziały przyniosą ze sobą wiele wyjaśnień i ciekawych akcji, także opłaca się czekać cierpliwie... No, a teraz może przejdę do pytań:
1, Czy Wy też podzielacie entuzjazm cioci Becky w związku z tym obiadem u Ashton'a
2. Jak podoba się Wam pani Alice Montgomery?
3. Myślicie, że Ashton w końcu wyzna Cam prawdę o Emily i Jasonie?
4* Co sądzicie o Drag Me Down!!!
Boże ta piosenka to jest czysta perfekcja, cud, życie, WSZYSTKO!!! Nie mogę przestać jej słuchać *o*
Dzielcie się swoją opinią w komentarzach, na które zawsze z wielką niecierpliwośćią czekam ! Ja tymczasem mykam, aby oddać się w całości słuchaniu DMD <3
Pozdrawiam bardzo serdecznie Was wszystkich!!! Rozdział dedykuję wszystkim czytelnikom, tym komentującym, a także tym którzy tylko czytają!!! <3

Aleksandra ^^