niedziela, 23 sierpnia 2015

Rozdział trzydziesty

*Camila*

A jednak się obudziłam... Chociaż nie byłam tego taka pewna… W momencie kiedy otworzyłam oczy, w pokoju nadal panował mrok. Mrugnęłam kilka razy. Mój wzrok bardzo powoli przyzwyczajał się do ciemności. Dopiero po kilku minutach byłam w stanie dojrzeć szafkę i leżący na niej telefon. Kiedy się podniosłam i wyciągnęłam rękę, aby sięgnąć po komórkę poczułam tak silny ból brzucha, że bezwładnie opadłam na poduszkę i przez następne kilka minut nie mogłam się ruszyć. Kiedy ból odrobinę zelżał, przypomniałam sobie słowa, które ostatnio przeczytałam w poradniku. „Płód może odbierać bodźce dźwiękowe już w 16., a nawet w 14. tygodniu ciąży.. . Ulubionym zaś dźwiękiem malca jest twój głos, który słyszy on na dwa sposoby – fale dźwiękowe z twoich ust docierają do niego przez powietrze, a poza tym drgania przechodzące przez twoje ciało, gdy mówisz, skutecznie przenoszą twój głos do uszu dziecka.
Byłam na tyle zdesperowana, żeby to sprawdzić w tej chwili. Podwinęłam górę od piżamy, położyłam rękę na dość wypukłym już brzuszku i zaczęłam szeptać…
- Moje najdroższe maleństwo… Najmocniej cię przepraszam… Wiem, że naraziłam cię na dużą dawkę stresu i nerwów wczorajszego popołudnia, ale już wszystko w porządku… Możesz już odpoczywać, a ja obiecuję, że od tej pory będę uważać na swoje emocje…
Kiedy stwierdziłam, że nie mam już nic więcej do powiedzenia, zaczęłam delikatnie głaskać swój brzuch opuszkami palców i nuciłam jakąś spokojną melodię… Podziałało… Z każdą chwilą ból mijał, jednakże był to powolny proces... Na szczęście po upłynięciu jakiejś godziny, po wcześniejszych niedogodnościach nie było śladu. W momencie, gdy ból ustąpił, delikatnie podniosłam się z łóżka i wzięłam telefon. Oczywiście, włączając go, zapomniałam o tym, że zobaczenie jasnej tapety w ciemnościach może człowieka oślepić. „Na szczęście” sekundę później już byłam tego świadoma. Po upłynięciu dłuższej chwili mój wzrok przyzwyczaił się także do tego oświetlenia i mogłam w miarę normalnie funkcjonować. Kiedy ujrzałam godzinę, od razu wyjaśniło się to, dlaczego jest jeszcze tak ciemno... W końcu normalnym jest, że słońce nie wschodzi o godzinie 3.30 nad ranem.. Mniej normalne jest to, że jakiś człowiek budzi się o tej porze. Znów bezsilnie opadłam na poduszki i od razu tego pożałowałam poczułam jeszcze silniejszy ból, niż przedtem. Wzięcie oddechu w tym stanie było nie lada wyczynem i to mnie przerażało coraz bardziej… Zanim ból zelżał, minęło jakieś dobre piętnaście minut… Wzięłam kilka głębokich oddechów tak na zapas… Nie miałam pojęcia co mam teraz robić... Miałam nadzieję, że te nietypowe boleści już nie nastąpią, ale co będzie, kiedy tak się stanie? Nie wspominając o tym, że każdy atak jest silniejszy… Gdyby ciocia była w domu, byłoby całkiem inaczej, a tak... Znów została na nocną zmianę, a tym samym ja przebywam w domu samotnie i nie mam do kogo się zwrócić o pomoc... Chociaż! Nie... Cam jest trzecia w nocy... Ashton na pewno chce sobie w spokoju pospać i... Kiedy po raz kolejny poczułam ten coraz bardziej nasilony ucisk, nie zastanawiałam się dłużej, tylko wcisnęłam zieloną słuchawkę i od razu zadzwoniłam do Ash'a... Odebrał dopiero po czterech sygnałach, a kiedy usłyszałam jego zaspany i zarazem zaniepokojony głos, zmiękło mi serce... Gdyby to wszystko działo się w innych okolicznościach, to może dłużej bym się nad tym rozczulała, ale nie był to odpowiedni czas...
- Ash... ton... Czy... mógłbyś... do... mnie... przyjść.... - tak mniej więcej wyglądała moja wypowiedź przeplatana głębokimi oddechami, które udawało mi się zaczerpnąć… To zaniepokoiło Ashton'a jeszcze bardziej, gdyż rzucił krótkie "Zaraz jestem" i pojawił się w ciągu niecałych trzech minut...
- Camila co się dzieje? - spytał z lękiem w oczach... Gdybym wiedziała, to bym do ciebie nie dzwoniła i cię nie budziła...
- Nie... wiem... Obudziłam... się... i... przy... wykonywaniu... gwałtownych... ruchów... łapał... mnie... ból... brzucha... ale... po... jakimś... czasie... mijał... Ale… teraz… to… się… nasila i… nie… przestaje… - wypowiedzenie każdego słowa było dla mnie czymś strasznie wyczerpującym… Miałam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę… I to nawet nie z bólu, tylko z tej niewiedzy, bezradności i bezsilności…
- Spokojnie... Wszystko będzie dobrze... Oddychaj głęboko, a ja zadzwonię do twojej cioci... - mówił w taki sposób, jakby sam chciał siebie uspokoić… W pełni to rozumiem… Gdybym ja znalazła się w jego sytuacji, to… Nie miałabym pojęcia co i jak zrobić, i pewnie bym stąd uciekła... Dlatego fakt, że Ashton mimo wszystko stara się podchodzić do tego z zimną krwią, dodawał mi otuchy i poczucia bezpieczeństwa... Zamknęłam oczy i cały czas głęboko oddychałam, a także wsłuchiwałam się w głos Ashton'a...
- Pani Evans… Camila skarży się na bóle brzucha. Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. To znaczy… Ból atakuje, przechodzi, ale po jakimś czasie znów wraca jeszcze silniejszy - to była jego pierwsza wypowiedź, po której nastąpiła cała seria potakiwań... - Dobrze tak zrobię... Będziemy czekać... Dobrze... Do widzenia...
- Twoja ciocia powiedziała, że to co ty nazwałaś bólem, tak naprawdę jest skurczem... Muszę mierzyć ich długość i częstotliwość przez następną godzinę. Jeżeli będą się nasilać, jedziemy do szpitala... Miejmy nadzieje, że ustąpią... – powiedział spokojnym i opanowanym głosem, jednak w jego błyszczących oczach widziałam lęk oraz niepokój.
- Przepraszam cię... - wyszeptałam ze łzami w oczach... Szczerze mówiąc, to sama nie wiem skąd u mnie nagle taka fala uczuć… Zwalałam to wszystko na hormony i w ogóle, ale może tak naprawdę to czuję coś do Ashton’a… Tak, nie ma co… Wybrałam sobie idealny moment na takie myśli…
- Cami, ale za co?? - Ashton wydawał się być teraz nie tyle co zaniepokojony, ale zdezorientowany... Nigdy nie sądziłam, że będę mogę mogła mówić o wielu sprawach z taką łatwością… Jakby nie patrzeć, przez te pięć miesięcy sporo się we mnie zmieniło… I nie mówię tu wcale o wyglądzie zewnętrznym… Moja psychika sporo przeszła, a mimo wszystko chyba teraz jest w lepszym stanie niż na początku ciąży… No dobrze, ale w końcu pasowałoby coś odpowiedzieć Ashton’owi
- Za to, że cię obudziłam, wyciągnęłam z łóżka w środku nocy, za to, że musisz mnie oglądać w takim stanie, za to, że przyjechałam, za to, że... - i w tym momencie chłopak mi przerwał. Zakrył moje usta swoją dużą dłonią i to on zaczął mówić...
- Po pierwsze nie wysilaj się tak, bo może ci to zaszkodzić... Po drugie jeszcze raz usłyszę taką paplaninę głupot z twoich ust to ci je zakleję taśmą... Nie możesz mnie przepraszać za coś, za co ja od dawna chcę ci podziękować... Kiedy tu przyjechałaś, moje życie odwróciło się do góry nogami w najlepszym znaczeniu tego wyrażenia... Fakt, że stałem się twoim opiekunem czy ochroniarzem wywołuje uśmiech na mojej twarzy... Chcę być przy tobie zawsze... Rozumiesz? W chwilach szczęścia, ale także w momencie, kiedy nie będzie ci dopisywał humor... W zdrowiu i w chorobie... Kocham cię i nie widzę sensu życia bez ciebie...
- Ashton czyś ty zwariował? Brzmisz tak, jakbyś mi składał przysięgę małżeńską – zaśmiałam się, ale szybko przestałam z dwóch powodów… Pierwszy – ból brzucha znów dał o sobie znać. Drugi – powaga Ashton’a wymalowana na jego twarzy była wymowna…
- Tak Camilo... Zwariowałem… Zwariowałem przez ciebie i dla ciebie… I… Może to nie jest najodpowiedniejszy moment i miejsce, ale... Czy zostaniesz moją żoną i uczynisz mnie najszczęśliwszym człowiekiem??
Ekhem... Jego słowa dosłownie wbiły mnie w łóżko… Takiego obrotu spraw nie spodziewałabym się nigdy! Skupiłam swój wzrok na jego twarzy, myśląc, że zaraz wybuchnie śmiechem i powie, że żartował… Jednak nic takiego nie następowało… Chyba z wrażenia nawet zapomniałam o bólu brzucha...  Wooow... Tylko tyle jestem w stanie z siebie teraz wydobyć… W mojej głowie szaleje jakiś ogromny huragan, który wymiata z niej wszystkie myśli... A mojemu sercu towarzyszy tysiąc skrajnych uczuć... Staram się jakoś zebrać myśli, ale nie za bardzo mi to wychodzi... Jednak kiedy patrzę na wyczekującego chłopaka, coś we mnie pęka…W końcu jestem w stanie sklecić chociaż kilka zdań…
- Ashton hmm.... Zaskoczyłeś mnie swoim wyznaniem i tą ekhem... nietypową propozycją... Ja... nie wiem, co mam powiedzieć... I... Myślę, że muszę się nad tym wszystkim porządnie zastanowić... - szczerze mówiąc to powstrzymywało mnie tylko jedno... Fakt, że nadal kocham Harry'ego i za cztery miesiące na świecie pojawi się maleństwo, którego jest ojcem…
Ashton jakby czytał mi w myślach, bo nie minęła minuta, a już w pokoju rozbrzmiała jego odpowiedź.
- Rozumiem twoje zaskoczenie i obiecuję, że nie będę naciskał jeżeli chodzi o podjęcie decyzji. Jednakże chcę, żebyś wiedziała, że będę traktował twoje dziecko jak swoje własne i będę się starał jak tylko potrafię, żeby stworzyć z tobą prawdziwą rodzinę...
Nie wiem czy to jego słowa, czy też ten słodki wyraz twarzy, czy może myśl, że Harry też szybko podjął decyzję w sprawie ślubu z Caroline... Nie mam pojęcia która z tych opcji przyczyniła się do nagłej zmiany mojego nastawienia do zaistniałej sytuacji... Ni stąd, ni z owąd stwierdziłam, że Ashton jest idealnym kandydatem na przyszłego męża... I już, już miałam mu o tym powiedzieć, ale na szczęście mój umysł zaczął normalnie funkcjonować i mnie powtrzymał… Musze się z tym wszystkim przespać i podjąć ostateczną decyzję dopiero jutro...
- Tak w ogóle to jak się czujesz? – spytał równie niespodziewanie co wcześniej. Jednocześnie przypomniał mi o głównym celu jego pobytu w moim pokoju. Brzuch już mnie nie bolał, a oprócz tego poczułam jakiś wewnętrzny spokój. Po całym dniu wrażeń i nerwów mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą...- Cami odpowiesz mi??
- Czuję się już dobrze, ale... jeśli mógłbyś zostać ze mną tak dla pewności, to... - nie zdążyłam nawet do kończyć, kiedy Ashton położył się obok mnie i wpatrzył się w moje oczy... Jego przeszywający wzrok sprawił, że na moich policzkach pojawiły się palące rumieńce...
 - Śpij słońce... A gdybyś się gorzej poczuła, to pamiętaj, że… jestem przy tobie... - nie dało się o tym zapomnieć. Ciepło bijące od niego, a także zapach męskich perfum cały czas przypominały mi o jego obecności. Zamknęłam oczy, wtuliłam się w jego umięśnione ciało i wsłuchując się w jego oddech, odpłynęłam...

*Ashton*

Ciche skrzypnięcie drzwi wyrwało mnie z i tak płytkiego snu. Podniosłem głowę i w progu ujrzałem panią Evans... Jakby nie patrzeć, sytuacja była trochę niezręczna, gdyż mimo wszystko zastanie mnie wraz z jej bratanicą w jednym łóżku raczej było zaskakującym widokiem.
- Już się wynoszę... Cami poczuła się lepiej, ale poprosiła, żebym został tak na wszelki wypadek... Teraz skoro pani już jest, to... - szeptałem w popłochu i nieudolnie zacząłem się wydostawać z "objęć" śpiącej Cam, kiedy nagle pani Evans mi przerwała.
- Ashton, możesz zostać, skoro Camila czuje się przy tobie bezpieczniej... Tak w ogóle to dziękuję ci za to, że przyszedłeś i opiekowałeś się nią podczas mojej nieobecności... Widać, że bardzo ci na niej zależy... - przez to ostatnie zdanie na moje policzki wystąpił delikatny rumieniec… Miałem jednak nadzieję, że w tych ciemnościach nie dało się go dostrzec.
- Aż tak bardzo to widać?
- Starej ciotce nic nie umknie… - wyszeptała i zachichotała… Dosłownie zachichotała. W tym czasie Cami przekręciła się na drugi bok i zaczęła coś szeptać, jednak po chwili ucichła i w pokoju znów można było usłyszeć jej miarowy oddech…- skoro ty jesteś przy niej, to ja spokojnie mogę iść spać…
- Życzę pani dobrej nocy… To znaczy… spokojnego snu… - było coś koło szóstej rano…

- Dziękuję i wzajemnie… - powiedziała i po cichutku zamknęła drzwi. Jej wizyta jednak tak mnie rozbudziła, że nie mogłem zasnąć ponownie... Zwróciłem swój wzrok na śpiącą Cam i od razu się uśmiechnąłem... Wyglądała tak ślicznie i bezbronnie... Senna aura dodawała jej jeszcze więcej uroku niż zazwyczaj... Z każdą sekundą uświadamiałem sobie, że coraz bardziej się w niej zakochuję, a jeszcze dwa miesiące temu nie byłbym w stanie pomyśleć o kimś innym niż Emily... Teraz leżę sobie obok Cami i wiem, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo miałem możliwość ją spotkać i pokochać... Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że odwzajemni moje uczucia i zgodzi się zostać moją żoną... Owszem, jesteśmy młodzi... Mamy dopiero po dwadzieścia lat, ale... Camila za niedługi czas zostanie mamą, a wszyscy dobrze wiedzą, że dzieci oprócz miłości matczynej potrzebują także tej ojcowskiej... Biologiczny ojciec maleństwa bardzo zranił Cam, więc ja obiecałem sobie, że zajmę jego miejsce i nie dopuszczę, żeby jeszcze kiedykolwiek cierpiała... Wierzę, że wytrwam w tym postanowieniu... Aby tylko Cami się zgodziła, a wszystko... będzie... takie... jak... powinno... być... . Mając w głowie tylko pozytywne myśli, zasnąłem…

sobota, 22 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty dziewiąty

*Camila* NASTRÓJ

Dzisiejszy dzień dla mnie rozpoczął się dopiero po godzinie dziesiątej. Wstałam tak późno, ponieważ moje wczorajsze złe samopoczucie oraz niepokój o najbliższych spowodowały bezsenność... Nie pamiętam dokładnie, o której padłam z wyczerpania, ale jednego jestem pewna - mocny sen był czymś, czego od dawna bardzo potrzebowałam... Wstałam wypoczęta i mimo tego, że pozostał jeszcze ten strach, to patrzyłam na wszystko w jakiś odmienny sposób. Zwlekłam się z łóżka i  podeszłam do okna. Oparłam dłonie o zimny parapet i oddałam się swoim rozmyślaniom… Przypomniał mi się dzień, w którym się tutaj pojawiłam… Jak po rozpakowaniu swoich rzeczy stanęłam w tym samym miejscu i po raz pierwszy ujrzałam Ashton’a… Aż dziwne, że od tamtego momentu tyle zdążyło się już wydarzyć… W moje myśli wkradł się odgłos burczącego brzucha. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, że jestem jedyną osobą w pokoju oraz że to moje własne kiszki grają tego żałosnego marsza. Byłam tak piekielnie głodna, że bez dłuższego namysłu opuściłam pomieszczenie i powędrowałam do kuchni bez przebierania czy czesania się... Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z niej produkty, które w żaden najmniejszy sposób do siebie nie pasowały, może nie aż tak jak mleko z ogórkami, ale dość podobnie. Wprawdzie czytałam już o dziwacznych zachciankach w ciąży, ale tego sama się po sobie nie spodziewałam... Po skomponowaniu z tego jakiejś całości i jej skonsumowaniu wróciłam do pokoju w celu ogarnięcia się. Wyjęłam z szafki niedawno zakupione ubrania  i poszłam do łazienki. Spędziłam tam ponad trzydzieści minut gdyż musiałam wziąć szybki prysznic, umyć włosy, zrobić delikatny makijaż i się ubrać... W każdym razie efekt był zadowalający. Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze i wróciłam do pokoju. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić mojej miny, gdy ujrzałam Ashton'a na moim łóżku. Zaskoczenie i jednoczesna radość wymalowana na mojej twarzy musiała wyglądać dość ciekawie...
- Witaj moja droga! Przyszedłem zapytać jak się czujesz, bo oczywiście nie raczyłaś wysłać nawet SMS-a. - powiedział i zmierzył mnie swoim wzrokiem od stóp do głów. - a tak poza tym to bardzo ładnie wyglądasz...
Oczywiście po tych ostatnich słowach na moich policzkach nie omieszkał pojawić się rumieniec, jednak Ashton zdawał się tego nie zauważać.
- Witaj Ash! Przepraszam, ale miałam dzwonić w razie czegoś, a z racji tego, że nic się nie działo to milczałam. Tak czy siak bardzo mi miło z tego powodu, że przyszedłeś i osobiście zapytałeś o moje samopoczucie. Już udzielam odpowiedzi. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. A no i dziękuję za komplement... Tak poza tym, to kto cię tu wpuścił?
- Sam wszedłem... Kiedyś mówiłaś, żebym czuł się tutaj jak u siebie w domu i teraz postanowiłem to wykorzystać... - zaśmiał się, a jego śmiech był tak zaraźliwy, że od razu mu zawtórowałam.
- Czy nie uważasz, że ostatnio spotykamy się zbyt często? - zapytałam w momencie, kiedy już się opanowałam... Wprawdzie sama się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam, ale rzeczywiście od pamiętnego dnia na wrzosowisku widzimy się niemalże codziennie. Nie żeby mi to w jakiś sposób przeszkadzało, tylko... Dla niektórych osób typu mamy Ashton’a czy mojej cioci może wydawać się to podejrzanie...
- Nie uważam, że spotykamy się zbyt często. Ja mógłbym spędzać z tobą całe dnie, a nawet i noce, gdyby była taka potrzeba...
Na moje policzki wystąpił rumieniec o mocniejszym odcieniu... Nie mam pojęcia jak to odebrać... Nasze relacje od kilku dni nie przypominają tych między dwójką przyjaciół, a mimo to chyba nie jesteśmy parą... Sama nie wiem czego chcę... Wydaje mi się, że tak jest w porządku, ale z drugiej strony najwyższa pora podjąć jakąś decyzję... Tylko cztery miesiące dzielą mnie od przyjścia na świat mojego maleństwa... Dla jednych to sporo, dla innych znów nie tak dużo... Mimo wszystko nie wiem, czy mogę poruszyć ten temat... W momencie kiedy już decydowałam się zadać konkretne pytanie, rozległo się pukanie do drzwi mojego pokoju. Ciocia w pracy, Ashton jest ze mną... Mimowolnie ciarki przeszły mi po plecach... Nie spodziewałam się żadnych gości i... zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć czy zrobić, Ashton już otwierał drzwi. W progu ujrzałam Natalie, na jej twarzy malował się niepokój, przez co przypomniałam sobie wczorajszą akcję z telefonami i automatycznie sama zaczęłam się martwić... W każdym razie miałam rację, myśląc, że coś się stało...
Jakby nie patrzeć, samotny przyjazd Natt, w dodatku w środku tygodnia, nie mógł wróżyć niczego dobrego…
Mój dobry humor ulotnił się w mgnieniu oka, a zastąpił go strach... Zaprosiłam niepewnie przyjaciółkę do mojego pokoju. Dziewczyna usłuchała mojej prośby i już po chwili siedziała obok mnie... Drżącym głosem spytałam o co chodzi, jednak Natt nie chciała nic mówić. Spojrzała najpierw na mnie, później znaczącym wzrokiem na Ashton’a… Wtedy domyśliłam się, że dopóki mój sąsiad nie opuści tego pomieszczenia, to niczego się nie dowiem… Przez chwilę się wahałam z tym, jak mam postąpić, ale ciekawość i niepokój wzięły górę nad „miłością”. Wzięłam głęboki oddech i w miarę spokojnym tonem oznajmiłam chłopakowi, że ja i Natt musimy zostać sam na sam… Ashton bardzo niechętnie opuścił mój pokój. Chyba również domyślił się, że coś jest nie tak, a z racji tego, że oficjalnie nominował się na mojego ochroniarza, nie uśmiechał mu się fakt, że musi zostawić mnie samą… Czyżby wyczuł jakieś zagrożenie… Może nie będzie aż tak źle… Zaraz wszystkiego się dowiem… Jednak najpierw musiałam dogonić Ash’a i odprowadzić pod same drzwi…

***

- Jak coś to dzwoń... - po raz kolejny powtórzył Ashton, przez co ja o mało nie dostałam szału. Od pięciu minut próbuję "wygonić" go z mojego domu, żebym mogła w spokoju porozmawiać z moją przyjaciółką, a ten w kółko tylko "Jakby coś to dzwoń." Zrozumiałam już za pierwszym razem, że dla mnie zawsze jest do dyspozycji, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało... W końcu udało mi się zamknąć za nim drzwi. W tym samym czasie Natalie krzątała się po kuchni. Weszłam do pomieszczenia i czujnym wzrokiem spojrzałam na przyjaciółkę... Zauważyłam, że jej każdy mięsień jest spięty do granic możliwości… Ponadto jej wzrok jest rozbiegany, jakby się czegoś bała…
Nigdy nie była dobra w ukrywaniu swoich emocji. Kiedy coś się stało, od razu było to po niej widać... Nawet kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami, Natalie całą swoją osobą oznajmiała, że coś przeskrobała, nawet wtedy, gdy nie wypowiadała żadnego słowa.  Boże daj siły, bo dłużej nie wytrzymam tej niewiedzy i niepokoju.
- Możemy iść do pokoju. Twój kubek to ten w serduszka... - powiedziała cicho tym samym wkradając się w moje i tak poplątane myśli i wspomnienia. Chwyciłam kubek i powolnym krokiem szłam po schodach. Chwila. Jeszcze raz przeanalizowałam przed chwilą wypowiedziane zdania Natt. W mojej głowie pojawiło się pytanie, które postanowiłam od razu zadać…
- A co za różnica z tymi kubkami?? 
Dziewczyna przez chwilę skupiła swój wzrok na mnie, westchnęła głęboko i po krótkim zastanowieniu odparła:
- Bo tobie zaparzyłam melisę, a sobie herbatę owocową... 
Czyli tak, jak myślałam, coś jest na rzeczy. Przecież wszyscy wiedzą, że melisa ma działanie uspokajające… Czyli coś się stało… Wiem, że takie powtarzanie się może być irytujące, ale uwierzcie mi, że uświadamianie tego kilka razy na minutę też nie jest cudownym uczuciem... Dotarłyśmy do pokoju i w milczeniu zajęłyśmy miejsca - jedna na łóżku, druga na obrotowym krześle przy biurku. Po upiciu łyka parującej cieczy Natt zaczęła mówić.
- Camila, miałam ci to wszystko opowiedzieć wczoraj przez telefon, dlatego dzwoniłam… Na szczęście w ostatniej chwili stwierdziłam, że lepszym wyjściem będzie, jeżeli przyjadę i będę przy tobie podczas przekazywania tych wszystkich informacji - nie powiem, ale z każdą chwilą czułam się coraz bardziej przerażona... Sprawa tak wielkiej wagi, że Natt pofatygowała się do mnie, nie patrząc na żadne przeciwności... W mojej głowie od razu zaczęły się tworzyć najczarniejsze scenariusze… Tak, to też wiem… Straszna ze mnie panikara, ale taka już jestem i raczej się nie zmienię… Ale nie cechy mojego charakteru są tu teraz najważniejsze!  Ja chcę się w końcu dowiedzieć o co tutaj chodzi! - Tak jak ci wspominałyśmy z Mandy podczas ostatniego pobytu, chłopcy wrócili z trasy wcześniej... Uwierz mi, że Styles miał naprawdę wspaniały plan co do przeprosin i całego wytłumaczenia, naprawdę... Gdybyś tylko była w domu, to wszystko by się udało… Jednakże kiedy Harry nie zastał cię w twoim mieszkaniu i dowiedział się, że wyjechałaś, wpadł w szał… Pokazał, że jeśli mu na czymś zależy, to jest zdolny do wszystkiego - w tym momencie pokazała mi swoje nadgarstki, na których widniały żółto-fioletowe siniaki. Na ten widok moje oczy przybrały rozmiar piłeczek pingpongowych. Nie wiedziałam czy mam to jakoś skomentować, ale po chwili Natt kontynuowała – Przyjechał do mnie i chciał zdobyć twój adres… Ja jako prawdziwa przyjaciółka sprzeciwiłam mu się… Już wtedy byłam przerażona, ale potem było już tylko gorzej… Styles złapał mnie za nadgarstki i zaczął tarmosić mną jak workiem kartofli krzycząc przy tym niemiłosiernie głośno... Myślał, że w ten brutalny sposób uda mu się wydusić ze mnie jakiekolwiek informacje – prychnęła, ale widziałam, że wspomnienia nadal wzbudzają w niej strach… - Gdyby nie Niall, nie mam pojęcia jakby się to wszystko potoczyło... Ale... Ekhm... Nie jestem tu po to, żeby jeszcze bardziej nastawiać cię przeciwko niemu... Możliwe, że do tej pory tak to brzmiało, ale mój cel jest całkiem odwrotny… Chciałam ci powiedzieć, że Harry naprawdę cię kocha i żałuje tego, co zrobił… Pokazał na co go stać i mniejsza już o to, że trochę na tym ucierpiałam… Jedno jest pewne, że gdyby ktoś zrobił taką zadymę z mojego powodu, bez zastanowienia bym mu wszystko wybaczyła… I gdyby to nie pokomplikowało jeszcze bardziej, to możliwe, że w jakiś sposób wy byście się pogodzili i rozpoczęli nowy rozdział w swoim życiu. – Mój Boże… On jej coś zrobił, on ją przeciągnął na swoją stronę… Jak Natt może wygadywać takie głupoty po tym, jak ten psychopata dosłownie na nią napadł… Teraz to już w stu procentach jestem pewna, że nie dopuszczę do naszego spotkania… Choćbym miała uciekać do końca swojego życia… Harry omal nie pobił mojej przyjaciółki… Jak w ogóle mogłam być z kimś takim… A z kim jesteś teraz? Ashton na twoich oczach pobił Jason’a i to prawie śmiertelnie… Ashton mnie bronił! Gdyby nie on, nie wiadomo, co stałoby się w tej uliczce… Starałam się stłumić ten cichy szept w mojej głowie, ale nie wychodziło mi to najlepiej… A Harry chciał tylko ciebie odnaleźć… Poza tym takie argumenty nie są najbardziej korzystne, gdyż nie zmieniają faktu, że Ashton nie jest święty i w każdej chwili może stracić kontrolę…
- Zamknij się do cholery! – wrzasnęłam i dopiero po chwili dotarło do mnie, że te słowa dosłownie wyleciały z moich ust… Natalie spojrzała na mnie z jeszcze większym przerażeniem…
- Przepraszam cię… Nie powinnam snuć takich niestworzonych historii – powiedziała skruszona… Aż mi się gorąco zrobiło…
- To ja cię przepraszam… Nie bierz tego do siebie słońce… Ja po prostu próbowałam uciszyć ten piekielny głos w mojej głowie… Przepraszam… - Przerażenie w jej ochach zamieniło się w zmartwienie…
- Chyba powinnam ci oszczędzić dalszych informacji… - odparła, przyglądając mi się z niepokojem wymalowanym na twarzy… No tak… Brakowało mi tylko tego, żeby moja przyjaciółka myślała, że jestem chora umysłowo… A może rzeczywiście jestem? Może powinnam udać się do jakiegoś psychologa… Wprawdzie niedługo mam wizytę kontrolną w szpitalu, ale może powinnam się wybrać do lekarza wcześniej… Muszę to jeszcze przemyśleć…
I chociaż chciałam przytaknąć Natt… I chociaż nie chciałam słuchać już niczego więcej, bo nie wiedziałam jakie mogą być tego skutki, to mimo wszystko się przełamałam i poprosiłam, żeby dokończyła…
- Skoro chcesz to... – przełknęła głośno ślinę i spojrzała na mnie... Miałam świadomość tego, że teraz Natt przekaże mi tak straszną wiadomość, jakby była kulminacją tych wszystkich z ostatnich miesięcy… Mimo to gestem dłoni pokazałam, żeby kontynuowała. – Cami tego samego dnia w domu Harry’ego zawitała Caroline. – pomińmy fakt, że na sam dźwięk jej imienia mam mdłości i słuchajmy dalej… Oddychałam bardzo głęboko w celu uspokojenia się, ale to co usłyszałam sprawiło, że wypuściłam całe powietrze i zamarłam - Ona jest... w czwartym miesiącu ciąży... I... zaszantażowała Styles’a – w tym momencie znów zerknęła w moją stronę… Nie byłam w stanie zrobić nic… Zapomniałam nawet jak się oddycha… Ta wiadomość była jak kopnięcie z całej siły w brzuch… Dopiero w chwili, gdy poczułam, że nie wytrzymam dłużej wzięłam głęboki haust powietrza i powstrzymując łzy zadałam pytanie. 
- W jaki sposób? - zapytałam, choć dobrze wiedziałam, że nie chcę tego słyszeć... 
- Postawiła mu ultimatum, albo uznaje dziecko, albo ona rujnuje mu karierę... - Natalie odstawiła kubek i zajęła miejsce obok mnie…

- Wybrał tą pierwszą opcję, prawda? – spytałam ponownie. Dziewczyna tylko skinęła głową i podała planowaną datę ich ślubu... Czternasty lutego - walentynki - święto zakochanych... To takie romantyczne, że aż się chce rzygać… Wtuliłam się w ramiona przyjaciółki i zaczęłam łkać... To nie tak miało być... To nie ja miałam tak bardzo cierpieć...  Wszystkie zabliźnione rany znów zostały rozdrapane, a nawet przypuszczam, że przybyło wiele świeżych... I znów to znajome ukłucie w sercu zapierające dech... Miałam ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, tupać, wierzgać... W mojej głowie cały czas wirowały te wszystkie informacje... Natalie głaskała mnie po włosach, a także górnej części pleców, co działało na mnie odrobinę kojąco… Mimo to po chwili odsunęłam się od niej, wtuliłam twarz w poduszki i dosłownie zaczęłam piszczeć, aż do zdarcia gardła… Wyczerpana, zrozpaczona i zapłakana zasnęłam…  Moje sny były przepełnione wspomnieniami i marzeniami związanymi z osobą noszącą nazwisko Styles... Był to zlepek przeróżnych historii kompletnie się ze sobą nie łączących... Jedna z nich przedstawiała scenkę, w której brałam udział ja, Harry i mała dziewczynka. We troje wędrowaliśmy po jakiejś rozległej plaży, trzymając się za ręce... Ach... Gdybym mogła się już nie obudzić... 

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty ósmy


*Harry* (NASTRÓJ)

Raz w życiu Caroline miała rację... Powinienem usiąść, kiedy o to prosiła, gdyż jakby nie patrzeć ta informacja zwalała z nóg... Ale moment, chwila... Czy ona powiedziała, że… Za pięć miesięcy będę ojcem? No tak… Dokładnie te słowa wyszły z jej wyrysowanych ust. A to oznacza, że... O mój Boże... Jednorazowa, niechciana przygoda z Car zakończyła się... czymś czego nie jestem w stanie nazwać po imieniu... Przez moje ciało przeszedł lodowaty dreszcz i na chwilę straciłem kontakt ze światem... Potrzebowałem kilku minut, żeby to do mnie dotarło. Jednak nawet po upłynięciu tego czasu i kiedy już miałem pewną świadomość tego, że Caroline jest w ciąży, a na dodatek ja jestem ojcem dziecka, to mimo wszystko nie miałem pojęcia, jak mam się zachować lub co powiedzieć... Mój szok powoli zaczął mijać, a jego miejsce zastępował wcześniejszy gniew... Co więcej, mogę szczerze powiedzieć, że jeszcze żadnego dnia nie byłem tak bardzo nerwowy jak dziś… Za dużo się wydarzyło… Nie tak miał wyglądać nasz powrót do domu… A ja nie byłem przygotowany na żadne niespodzianki… Nagle po jakichś dziesięciu minutach przypomniałem sobie o obecności Caroline… Podniosłem głowę i przeskanowałem wzrokiem jej ciało… Rzeczywiście jej brzuch był lekko zaokrąglony, ale nie aż tak, żeby rzucał się w oczy…
- No i powiedz mi, czego ode mnie oczekujesz? - powiedziałem, ledwo powstrzymując się od podnoszenia głosu... Jednocześnie starałem się ukryć i ukazać cały swój jad… Mam świadomość, że to brzmi dziwacznie i niedorzecznie, ale taka jest prawda… I jestem pewien, że znajdą się osoby, które teraz ze współczuciem patrzą na Caroline, a z pogardą zerkają na mnie… Znam świat, na którym żyję już przeszło dwadzieścia lat… Hah. Ciekawe, że jednego dnia wydaje nam się, że jesteśmy jeszcze młodzi, a nawet dziecinni, a następnego oczekują od nas, żebyśmy stali się dorośli i dojrzali… Bo tak właśnie się czuję… Jeszcze kilka godzin temu „beztrosko” planowałem mój powrót z trasy i przeprosiny Cam, a teraz znajduję się w salonie z Car, która oznajmia mi, że będę ojcem… Wiem, że ta ciąża to również moja wina, no bo jakby nie patrzeć, Caroline sama sobie tego dziecka nie zrobiła, ale…
- Harry nie złość się... – powiedziała spokojnie i z irytującym uśmieszkiem na twarzy, tym samym przypominając mi o swojej obecności i przywracając mnie z odległych granic mojego rozmyślania… -Brzmisz tak, jakbym była twoim wrogiem, a dobrze wiesz, że nim nie jestem... Może już zapomniałeś, ale jeszcze nie tak dawno byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi... Pomyśl, jakby było pięknie, gdybyśmy do siebie wrócili i... – nie odpowiedziała na moje wcześniej zadane pytanie, a wręcz przeciwnie… Zaczęła snuć jakieś chore wymysły i jeszcze mnie nimi katować… Nie mogłem tego dłużej słuchać, dlatego w końcu wybuchłem.
- Skończ! Nigdy więcej nie chcę słyszeć nawet o czymś takim... Kocham Camilę i tylko z nią wiążę swoją przyszłość... - Jakim prawem ta kobieta może mnie w ten sposób torturować? Znowu czuję serię ciarek biegnących po moim ciele… Jeszcze chwilę i albo się porzygam, albo zemdleję! Ale Caroline wzięła sobie do serca moje słowa i od razu zmieniła swoje wywody wypowiadane słodziutkim głosikiem na konkretne informacje i rzeczowy, rzekłbym nawet oschły, ton. Z jednej strony mnie to ucieszyło, ale nie byłem do końca przekonany, czy ta zmiana była dla mnie korzystna…
- Daję Ci dwa dni na podjęcie słusznej decyzji... Znasz adres, numer telefonu  również... Jeżeli w
tym czasie nie zmienisz zdania, to... porozmawiamy inaczej...- Po skończonej wypowiedzi wstała ze swojego miejsca i wyszła, tupiąc swoimi obcasami. Kiedy tylko w całym domu rozległ się odgłos trzaśnięcia drzwiami, w salonie pojawiła się reszta chłopców, którzy w trakcie naszej rozmowy jakoś się ulotnili...
- Harry... - zaczął Zayn, ale ja od razu mu przerwałem... Po wysłuchiwaniu bzdur z ust mojej byłej, teraz to ja chcę się wygadać... Nikomu nie każę słuchać, ale po prostu czuję, że jeżeli za chwilę nie wypowiem wszystkich myśli, które kłębią się w mojej głowie, to zwariuję i trafię do psychiatryka...
- Ja naprawdę od zawsze wiedziałem, że zdrada jest czymś złym... I mam świadomość tego, że za złe uczynki się karze, ale mam wrażenie, że moja ”kaźń” jest zbyt surowa... Najpierw zniknięcie Camili, teraz jeszcze Caroline z... - nie przejdzie mi to przez usta... -To już mnie przerasta... To nie jest mój scenariusz dzisiejszego dnia!!! Wiecie, że to nie tak miało wyglądać… Nie byłem przygotowany na tyle zmian. Chciałem wszystko naprawić, ale jak zwykle jeszcze bardziej wszystko pogorszyłem – nie miałem pojęcia kiedy mój głos stał się tak zrozpaczony i chrypliwy, a z moich oczu zaczęły
płynąć łzy… Zdałem sobie sprawę z tego, jak słaby jestem… I to dobiło mnie jeszcze bardziej… Nie miałem racji… Wygadanie się jeszcze bardziej pogorszyło całą sprawę… Nie dość, że nie przyniosło żadnej ulgi i spokoju, to jeszcze pokazałem się przed chłopakami jako kompletny mięczak… W końcu się ogarnąłem… Wziąłem jeden głęboki oddech, otarłem łzy i dodałem. - Jedno jest pewne... Obecnie moim największym problemem jest odnalezienie Cam, a nie zajmowanie się...
- Harry, poczekaj chwilkę! - teraz to Zayn mi przerwał... Spojrzałem tylko w jego stronę zbolałym wzrokiem, a on powoli i dość cicho zaczął mówić to, co pewnie kryło się też w głowach pozostałej dwójki... - Znasz Caroline i chociaż nie ukrywam, że również chciałbym się dowiedzieć o co chodzi ze zniknięciem Camili, to uważam, że nie ona jest obecnie Twoim największym problemem. Zważ na to, że Caroline cię w pewien sposób zaszantażowała, a znasz ją i wiesz do czego ona jest zdolna... Jeżeli w przeciągu tych dwóch dni nie okażesz jej tego, czego oczekuje, może cię zniszczyć, gdyż ma sporo znajomości... Już jestem w stanie sobie wyobrazić te nagłówki na pierwszych stronach gazet. "Nieodpowiedzialny Harry Styles nie chce mieć nic wspólnego z własnym dzieckiem"  czy coś w tym stylu...  Hazz, fani cię przez to znienawidzą jeszcze bardziej... Będziesz pokazywany w najgorszym świetle… Uwierz mi... Z nią nie ma żartów, więc...
- Więc co? Co mam zrobić?? Jak ją uszczęśliwić!? - złość, desperacja, gniew, szok doprowadziły mnie na krawędź wytrzymałości... Ukryłem twarz w dłoniach i zamknąłem oczy, z których znów popłynęły łzy... Chcę się obudzić! Dłużej nie wytrzymam...
- Myślę, że musisz się uspokoić i dopiero wtedy porozmawiać z Caroline - tym razem to Liam zabrał głos. I znów jest tak samo, jak zawsze… Harry, jako najmłodszy z zespołu, pakuje się w kłopoty, a Liam, jako ten najodpowiedzialniejszy i najporządniejszy, wygłasza swoje przemądrzałe rady i opinie… DOŚĆ! Mam tego dość! Dlaczego to ja zawsze muszę stwarzać problemy?? Dlaczego nie mogę być zwykłym nastolatkiem ze wspaniałą dziewczyną u swego boku? Dlaczego, kiedy byłem naprawdę szczęśliwy, musiałem to zepsuć? Dlaczego nie potrafię się postawić? Dlaczego nie mogę wreszcie zrobić tego, czego chcę, tylko muszę wykonywać najsłuszniejsze czynności? Dlaczego byłem na tyle głupi i pojechałem w trasę zamiast walczyć o Cam? Dlaczego nie starałem się bardziej? Dlaczego pozwoliłem Louisowi na upicie mnie? Dlaczego nie posłuchałem serca i poszedłem na tą galę zamiast spędzić cudowny wieczór z moją ukochaną? Pytania się mnożyły, a odpowiedź była tylko jedna: „Bo należysz do zespołu One Direction”
Nie wiem ile tak przesiedziałem... Na pewno minęło sporo czasu, ponieważ kiedy podniosłem swoją głowę, w pomieszczeniu nie było już nikogo... Zastanawiacie się jakie skutki przyniosło to moje siedzenie i myślenie? Mogę powiedzieć tylko, że podjąłem dużo decyzji niezgodnych z moim sercem i sumieniem...

*Camila*
- Dzień dobry pani... Alice. Czy zastałam Ashton'a? - spytałam z promiennym uśmiechem, stojąc
w progu domu moich sąsiadów... Kobieta również nie ukrywała radości z powodu mojego przybycia... Muszę przyznać, że… Ostatnio bardzo się polubiłyśmy, aczkolwiek nadal z trudem przychodzi mi zwracanie się do niej po imieniu.
- Witaj Cami... Tak, jest u siebie... - odparła i cofnęła się trochę, robiąc mi tym samym przejście. Troszkę niepewnie weszłam do pomieszczenia i w milczeniu skierowałam się na górę... Szybko (oczywiście w miarę możliwości) przemierzyłam schody i już po chwili byłam na górze... Drzwi prowadzące do pokoju Ashton'a były otwarte na oścież, co - według słów jego mamy - zdarzało się coraz częściej od mojego przybycia,  więc postanowiłam to wykorzystać. Po cichutku i na palcach zakradłam się do siedzącego tyłem chłopaka i zakryłam mu oczy dłońmi. Ledwo powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem, kiedy Ashton aż podskoczył ze strachu. Sekundę zajęło mu opanowanie się i wydobycie z siebie jakiegoś słowa.
- No... niech zgadnę... Cam! - na jego słowa roześmiałam się głośno, a on zdjął moje dłonie ze swoich oczu i lekko przyciągnął mnie w swoją stronę tak, że usiadłam na jego kolanach...
- Stęskniłem się za Tobą... - wyszeptał i zbliżył swoją twarz do mojej...
- Niemożliwe... Widzieliśmy się jakieś szesnaście godzin temu... - odparłam i znów parsknęłam głośnym śmiechem... Przyznam szczerze, że od momentu kiedy opowiedzieliśmy sobie nasze dramatyczne historie, zarówno mój jak i humor Ashton’a uległy diametralnym zmianom... I chociaż wiem, że to brzmi dość nieprawdopodobnie, coraz częściej przyłapuję się na tym, że zapominam o osobniku z zielonymi oczami i kręconymi włosami...
-   Czyżbyś liczyła każdą godzinę beze mnie? - spytał chichocząc, a ja zamiast odpowiedzi złożyłam na jego ustach krótki pocałunek... Spokojnie bez pochopnych osądzeń! Nie jesteśmy parą... To znaczy… Jakby to powiedzieć... nie oficjalnie... Naprawdę sama nie wiem jak mogę określić stosunki między nami... Ostatnie dwa tygodnie były całkiem inne... Wprawdzie zachowywaliśmy się trochę jak para, jednak żadne z nas jeszcze nie odważyło się do tego przyznać... I wiecie co? Jak na razie jest mi z tym dobrze... Odrobina przestrzeni i czas na dokończenie przemyśleń będą dobre dla nas dwojga...
- Jaką masz propozycję spędzenia dzisiejszego dnia, hmmm?? - spytałam i wyplątałam się z jego objęć...
- Możemy go spędzić jakkolwiek... Najważniejszym warunkiem dla mnie jest spędzanie czasu z Tobą... - odparł, czym sprawił, że na moich policzkach pojawiły się rumieńce...
- Aww... Muszę przyznać, że to było dość słodkie... - powiedziałam i ucałowałam go w czoło. Nie zastanawiałam się nad każdym wykonywanym gestem... Robiłam tylko to, co podpowiadało mi serce...
Wstałam z jego kolan i podeszłam do ogromnego telewizora wiszącego na ścianie i zaczęłam przeglądać płyty stojące na jednej z półek stojącej obok... Znajdowały się tam najróżniejsze gatunki filmowe poczynając od komedii, kończąc na horrorach. Jako fanatyczka komedii romantycznych bez zastanowienia wyjęłam wszystkie i zaczęłam je przeglądać… Żaden tytuł nic mi nie mówił co było czymś naprawdę dziwnym… Jednakże każdy tytuł był na swój sposób oryginalny, dlatego przez długi czas nie mogłam się zdecydować... Na szczęście krótka konwersacja z właścicielem filmów zakończyła się pomyślnie. Ashton zasłonił okna, ja włączyłam film o tytule „Oświadczyny po irlandzku”, a następnie razem rozłożyliśmy się na ogromnym łóżku w najwygodniejszy dla nas
sposób. Ashton oparł się plecami o stertę poduszek, a ja ułożyłam się na jego kolanach i zaczęliśmy oglądać...
Chyba jeszcze żaden film nie sprawił, że tyle płakałam... Jak nie ze śmiechu to ze wzruszenia... Aż trudno jest opisać wrażenia po jego obejrzeniu... Zakończenie nie było przewidywalne. Do ostatniej chwili trzymało w napięciu… Przynajmniej ja tak to odczuwałam… W każdym bądź razie jestem pewna, że te niecałe dwie godziny nie były czasem zmarnowanym… Tym bardziej, że przez cały film byłam wtulona w Ashton'a i mogłam rozkoszować się jego cudownymi perfumami oraz bijącym od niego ciepłem... Coś cudownego, wierzcie mi na słowo… Tak w ogóle to miałam ochotę wypytać Ash’a o treść filmu i sprawdzić czy ma podzielną uwagę… Dlaczego? Gdyż podczas oglądania jego wzrok nie był wpatrzony w ekran telewizora, tylko we mnie… Jednak powstrzymałam się i postanowiłam, że zachowam to dla siebie… Może on wcale nie chciał być na tym „przyłapany”…
Równo z pojawieniem się napisów końcowych na ekranie, w domu rozległ się łagodny głos pani Montgomery wołającej nas na obiad... Wyłączyliśmy telewizor i powędrowaliśmy schodami na dół... W momencie kiedy mieliśmy wejść do kuchni. Ash wsunął swoje duże palce w moją dłoń... Nie powiem, ale było to na tyle przyjemne, że na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech i delikatne rumieńce... Nasze zachowanie nie umknęło uwadze Alice, na co kobieta tylko się uśmiechnęła. Usiedliśmy przy już nakrytym stole i nim się obejrzałam, w jadalni zostaliśmy tylko my... Swoją drogą to było dość uprzejme ze strony Alice… Bo mimo tego, że się polubiłyśmy, to nadal czuję się trochę skrępowana przebywając z nią i jej synem w jednym pomieszczeniu…
- Smacznego Cami... - powiedział Ashton z ogromnym uśmiechem na twarzy... Czasami jeszcze się zastanawiam, jak on był w stanie chować ten śliczny uśmieszek przed całym światem i skrywać go pod maską naburmuszonego nastolatka... Jednak szybko odsuwam od siebie te myśli i cieszę się z tego, że udało mu się zrzucić tą maskę, a dzięki temu ja mogę oglądać jego prawdziwe oblicze!
- Dziękuję Ash... I wzajemnie... - odparłam, a uśmiech na mojej twarzy robił się coraz większy, aż dziwne, że policzki mnie jeszcze nie bolały…
Podczas konsumowania obiadu cały czas rozmawialiśmy na różne tematy, poczynając od wymiany zdań na temat obejrzanego filmu (który Ashton musiał już wcześniej oglądać, bo znał wszyściuteńkie szczególiki), a kończąc na sprawach o wiele poważniejszych, między innymi planach na przyszłość... Na niektóre pytania odpowiadałam nieco zdawkowo, gdyż sama jeszcze nic na ich temat nie wiedziałam. Ashton nie wydawał się być zawiedziony z tego powodu... Rozumiał mnie jak nikt inny i za to właśnie tak bardzo go polubiłam... Po zjedzeniu dania stwierdziłam, że powinnam wracać do domu... Owszem, może wyglądało to niezbyt kulturalnie, ale po prostu czułam, że moje hormony się budzą, a to oznacza nagłe zmiany nastroju i gorsze samopoczucie...  Przeprosiłam Alice za to, że od razu po obiedzie uciekam do domu, pożegnałam się z nią i razem z Ashton’em wyszliśmy na zewnątrz. Oczywiście mój sąsiad odprowadził mnie pod same drzwi mojego mieszkania i oznajmił, że w razie czego jest pod telefonem... Podziękowałam mu za wszystko, zapewniłam, że jakby się coś działo, to na pewno od razu go powiadomię i wreszcie mogłam wejść do domu. Zastałam ciocię w kuchni. Przywitałam się z nią gdyż nie widziałyśmy się rano, ale nie zostałam na dłuższą pogawędkę, gdyż tak jak myślałam moje samopoczucie z każdą chwilą się pogarszało... Zrobiłam sobie gorącej herbaty i udałam się do swojego pokoju. Kubek z parującym naparem postawiłam na swojej szafeczce nocnej i położyłam się na łóżku. Leżałam tak przez kilka minut z zamkniętymi oczami, głęboko oddychając, aż nagle usłyszałam brzęczenie mojego telefonu. Zlokalizowanie go nie zajęło mi dużo czasu. Jednak zanim wcisnęłam zieloną słuchawkę połączenie się urwało. Od razu sprawdziłam kto śmiał zakłócić mi spokój. W spisie połączeń pokazał mi się numer Natt, dlatego też już po chwili to ja dzwoniłam do niej. Co dziwne po dwóch sygnałach usłyszałam głos automatycznej sekretarki... Troszeczkę zaniepokojona wystukałam numer do drugiej przyjaciółki jednak i do niej się nie dodzwoniłam... Teraz już byłam święcie przekonana, że coś się stało.
Ostatnią osobą, do której się zwróciłam, był mój tata. Wprawdzie on odebrał telefon, ale niczego nowego i konkretnego się od niego nie dowiedziałam... Odłożyłam komórkę i ponownie ułożyłam się wygodnie na swoim łóżku… Nie miałam pojęcia dlaczego dziewczyny mnie olały, zaraz po tym jak do mnie zadzwoniły… Nigdy takie coś nie miało miejsca… Jedno było pewne, coś się tam wydarzyło!

 *********************************************************************************
Przybywam z kolejnym rozdziałem!!! Muszę przyznać, że do końca nie pamiętam jak to było, ale znając mnie wydaje mi się, że przy nim też płakałam jak bóbr więc jeżeli Wam też łezka poleci to będzie normalna reakcja na moje opowiadanie :D Swoją drogą nie mam pojęcia co pisać w notkach... Może lepiej, by było gdybym teraz wstawiała tylko czyste rozdziały, a dopiero po epilogu napisała taką dłuuugą notkę podsumowującą i pożegnalną?? Co o tym myślicie?? Czekam z niecierpliwością na Wasze opinie, a ja tymczasem zmykam korzystać z ostatnich dni wakacji!!! 
Pozdrawiam i ślę uściski!!! Do jutra!!!
PS. Czy tylko ja uważam, że teledysk do Drag Me Down jest najcudowniejszy ze wszystkich nakręconych do tej pory?? Wcześniej mówiłam tak o Nght Changes, ale oni każdy teledysk robią coraz lepszy!!! <3

Aleksandra... 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty siódmy

*2 TYG PÓŹN.*
*Harry* ( NASTRÓJ )

Wracamy!!! Świadomość, że już za kilka godzin ujrzę Camilę po całych trzech miesiącach jest czymś najwspanialszym na świecie... Siedzę obok Louis'a, wpatrzony w mijane widoki, uśmiechnięty od ucha do ucha. W głowie mam już ułożony monolog, którym wytłumaczę wszystko Cami... Myśl, że dziewczyna nie będzie chciała mnie
wysłuchać w tym momencie dla mnie nie istnieje... Mam dokładnie opracowany plan i nie przewiduję w nim żadnych zmian...Wprawdzie nie byliśmy ze sobą długo, ale jedno wiem na pewno, Camila nie potrafi się długo gniewać... Poza tym uwielbia wspomnienia, jest romantyczką, a także jest wrażliwa...Właśnie według tych "kryteriów" ułożyłem cały plan… Nie mam pojęcia czy to ze zmęczenia trasą czy przez bezsenne noce spowodowane różnymi koszmarami lub rozmyślaniem o Cam zrobiłem się bardzo senny. Powieki zaczęły same opadać, a kołysanie samochodu działało jeszcze bardziej usypiająco… Nie miałem pojęcia kiedy odpłynąłem…
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej taka myśl towarzyszyła mi w momencie kiedy wspinałem się po schodach do własnego pokoju. Trzy miesiące nie widziałem z okna mojego ulubionego widoku, trzy miesiące nie spałem we własnym łóżku… Jestem pewien, że każdy kto wraca z podróży ma podobne odczucia… Jednak na razie nie mam czasu, żeby się nad tym wszystkim rozczulać. Udałem się do łazienki w celu wzięcia szybkiego prysznica i przebrania się w mój najlepszy garnitur. O dziwo nie zajmuje mi to nawet piętnastu minut. W ekspresowym tempie opuszczam toaletę, zbiegam na dół i wychodzę z domu. Jadę samochodem do kwiaciarni co jakiś czas przeczesując nerwowo włosy… Z jednej strony się cieszę, że tak mała odległość dzieli mnie od spotkania mojej ukochanej, ale z drugiej strony odrobinę się stresuję… W mojej głowie pojawiają się obrazy płaczącej Cami po obejrzeniu wiadomości, w uszach dźwięczą wykrzyczane słowa… Czuję jak mój żołądek robi fikołka. Nie! Nie mogę się teraz wycofać… Jestem prawie w stu procentach pewien, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Staram się przestać myśleć i skupić swój umysł na drodze. Nim się obejrzałem znalazłem się pod kwiaciarnią. Wyszedłem z auta, zakupiłem największy bukiet czerwonych róż i znów znalazłem się w swoim samochodzie. Znajoma okolica sama sprawia, że wypatruję domu Cam. Po kilku minutach dostrzegam obiekt mojego zainteresowania. Parkuję przed budynkiem, wysiadam z samochodu, niemrawo pokonuję schody i skruszony pukam do drzwi… Przez chwilę nie dzieje się nic. Zrezygnowany, odwracam się powoli kiedy słyszę szczęk kluczy i w progu pojawia się moja ukochana. Na jej twarzy nie widnieje nic innego tylko ogromne zaskoczenie. Kiedy dociera do niej, że to naprawdę ja próbuje zamknąć mi drzwi przed nosem jednak ja niezrażony tym gestem powstrzymuję ją i klękam przed nią na kolana. Biorę głęboki oddech i wygłaszam przygotowaną wcześniej przemowę. Mówię o tym, że nigdy nie kochałem nikogo innego tak bardzo jak ją, że nie wyobrażam sobie dalszej przyszłości bez niej, że te trzy miesiące w trasie były najgorszym okresem w moim życiu. Po tym przechodzę do najtrudniejszego punktu mojej wypowiedzi, a mianowicie tego co stało się tamtej, pamiętnej nocy… Mimo mojego lęku wyznaję całą prawdę o tym jak przez Louis’a spiłem się niemalże do nieprzytomności, a kiedy się obudziłem leżałem już obok Caroline, jednakże nie jestem w stanie przypomnieć sobie czy doszło do czegoś między nami… I w tym momencie kończę mój monolog… Spuszczam głowę i ledwo powstrzymuję łzy cisnące się do moich oczu… Camila nie może dłużej stać obojętnie. Podnosi mój podbródek swoją delikatną dłonią i cichym głosem wyznaje, że mi przebacza, ponieważ kocha mnie najbardziej na świecie i również bardzo za mną tęskniła. Podnoszę się z kolan i porywam ją w swoje ramiona…  

*4 godz. później*

- Harry... - po tak długim czasie słyszę ten anielski głos, który szepcze moje imię... To jest niesamowite… Owszem miałem świadomość, że bardzo tęskniłem za moją ukochaną, ale nie wiedziałem, że sam jej subtelny głos może przyprawić mnie o zawrót głowy...
- Harry, do jasnej anielki, obudź się wreszcie!!! - otworzyłem oczy, ale nad sobą nie ujrzałem Cam… Wręcz przeciwnie powitała mnie rozwścieczona twarz Louis'a... Czyli to był tylko sen… Czyli wszystko co najstraszniejsze jeszcze przede mną... A już myślałem, że tak dobrze poszło... Zapewne nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojego rozczarowania… No nic… Przynajmniej zyskałem ogromną dawkę nadziei na to, że mój plan wypali. - Jak wolisz... Ja idę do domu... - ponownie usłyszałem głos mojego przyjaciela i poczułam jak jego ręka opuszcza moje ramię... Momencik... Czy on powiedział... do domu?? Zerwałem się z półleżącej pozycji i spojrzałem przez okno... TAAAAK!!! Moje oczy wreszcie ujrzały ten długo wyczekiwany widok jakim jest nasza willa!!! Wyskoczyłem z auta jak z procy i zacząłem wcielać plan w życie. Przemierzyłem schody najszybciej jak potrafiłem i wpadłem do swojego pokoju. Nie patrząc na nic rzuciłem torbę na środek podłogi i już po chwili znajdowałem się w swojej własnej łazience. W ekspresowym tempie zrzuciłem ubrania i natychmiast znalazłem się pod prysznicem. To takie wspaniałe uczucie kiedy strumień ciepłej wody zmywał ze mnie oznaki zaspania i zmęczenia. Gdybym tylko mógł zostałbym tutaj o wiele dłużej, ale dobrze wiem, że w tym momencie mam o wiele ważniejsze sprawy do załatwienia. Po dziesięciominutowym prysznicu, wytarłem swoje wilgotne  włosy i mokre ciało, a następnie z ręcznikiem owiniętym wokół bioder powędrowałem do swojego pokoju. Podszedłem do szafy w celu znalezienia swojego ulubionego, czarnego garnituru i białej koszuli. Na szczęście poszukiwania nie zajęły mi więcej niż pięć minut... Ubrałem się w szybkim tempie, spryskałem się perfumami i jednym słowem fizycznie byłem gotowy. Zbiegłem po schodach głośno tupiąc i jednoznacznie oznajmiając reszcie w jak dobrym humorze jestem... Założyłem buty i kiedy z kuchni wyjrzał Liam z jakimś pytaniem na ustach, mnie już nie było... Szybkim krokiem przeszedłem odległość dzielącą mnie od mojego samochodu... Wsiadłem do auta, zamknąłem drzwi i z piskiem opon ruszyłem do znajomej kwiaciarni...  Jechałem dość szybko i aż sam się dziwiłem, że nie spowodowałem żadnego wypadku... No, ale jakby nie patrzeć to trochę mi się śpieszyło. Nim się obejrzałem, znalazłem się pod znajomym budynkiem. Wszedłem do kwiaciarni i z uśmiechem przywitałem kwiaciarkę... Już miałem prosić o bukiet, kiedy dostrzegłem pod ladą usychającą błękitną różę, która wywołała u mnie lawinę wspomnień… Wtedy uświadomiłem sobie, że to właśnie te kwiaty sprawią największą przyjemność mojej ukochanej... 
- Poproszę bukiet błękitnych róż - powiedziałem uprzejmie, na to starsza kobieta spojrzała na mnie trochę smutnym, a trochę złośliwym wzrokiem i odparła:
- Niestety, ale już ich nie sprzedaję... - jej oschły ton przyprawił mnie o dreszcze...
- A mógłbym wiedzieć dlaczego? - spytałem niepewnie, kobieta znów zmierzyła mnie tym przerażającym wzrokiem...
- A dlatego, że już nikt ich tutaj nie kupuję... - coś mi tu nie pasowało... Dlaczego niby Camila miała zaprzestać swojego rytualnego kupowania ulubionych kwiatów jej mamy? To pytanie zaczęło się pałętać po mojej głowie, a ja nie mogłem znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi... W każdym bądź razie ta niepewność całkowicie odmieniła mój humor z ogromnej radości w przerażenie... 
- W takim razie poproszę bukiet czerwonych róż. 
Kobieta bez słowa odwróciła się i wyjęła z wiaderka ogromną ilość kwiatów i mi je podała... Zapłaciłem należność, pożegnałem się i wyszedłem z kwiaciarni... Z sercem na ramieniu i zaschniętymi ustami ruszyłem w stronę domu Camili... Dopiero teraz zaczęły do mnie docierać jakieś przebłyski tego, że coś w moim planie może nie wypalić... Mimo wszystko wciąż jechałem znajomą drogą... Po kilku minutach  zacząłem poznawać domy… Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i już parkowałem pod mieszkaniem Camili.  (ZMIEŃ) Wziąłem głęboki oddech i wyszedłem z auta. Posuwistym krokiem ruszyłem po schodach i niepewnie zapukałem do drzwi. Nie było żadnego odzewu, dlatego też postanowiłem zawrócić, ale właśnie w tym momencie usłyszałem przekręcenie kluczyka i skrzypnięcie klamki. O dziwo jak na razie wszystko idzie zgodnie z moim snem… No może oprócz tego bukietu, ale…To jeszcze o niczym nie świadczy prawda?? Nowa fala optymizmu zalała mnie od stóp do głów… Drzwi uchyliły się lekko, a w progu ujrzałem
ojca Camili... Szlag... Tego też nie brałem pod uwagę... Wydaje mi się, że jednak powinienem zrobić kilka wariantów tego mojego wspaniałego planu... Wziąłem głęboki oddech, przełknąłem głośno ślinę i zachrypniętym ze strachu głosem zacząłem mówić...
- Dzień dobry panie Evans... Czy zastałem Camilę? - brzmiałem tak żałośnie, że było mi samego siebie szkoda... Niestety nijak nie mogłem nad sobą zapanować... Ojciec Camili spojrzał na mnie ni to z pogardą ni z politowaniem, aż w końcu odpowiedział na moje pytanie:
- Witaj Harry... Camili nie ma w domu...
- A o której tak mniej więcej mogę się jej spodziewać? - spytałem już trochę pewniej... Jednak kiedy spojrzałem na mojego niedoszłego teścia, zamarłem, a przez moje ciało przeszedł lodowaty dreszcz... Ten zbolały wzrok i wymowne milczenie... Boże… Jedyne co mi przychodzi do głowy to... Ale ona nie byłaby w stanie tego zrobić... Nie z mojego powodu... Chociaż... Jeżeli kochała mnie tak bardzo, a ja ją skrzywdziłem to... Miałem wrażenie jakbym znajdował się na jakimś morzu czy oceanie podczas sztormu… Topiłem się… Ogromne fale rozpaczy pochłaniały mnie w całości… Jednak w najmniej oczekiwanych momentach pojawiał się przebłysk nadziei i udawało mi się wypłynąć na powierzchnię, by złapać oddech…
- Harry chyba się nie zrozumieliśmy... Camila wyjechała i nie ma zamiaru wracać do Londynu... - Nie jesteście w stanie nawet sobie wyobrazić co w tamtej chwili czułem... Po części mi ulżyło gdyż spodziewałem się najgorszego, a mianowicie w mojej głowie jedyną myślą był fakt że targnęła na swoje życie. Jednak z drugiej strony cios, który po raz kolejny rozerwał moje serce na kawałki... Wyjechała z Londynu... Uciekła… Nie chce mnie znać... Nie chce mieć ze mną nic wspólnego...  
Wiedziałem, że dalsza rozmowa z ojcem Cam nie ma większego sensu, dlatego podziękowałem za udzielone informacje, pożegnałem go, a następnie udałem się do domu Natalie... Kto jak kto, ale ona musi wiedzieć gdzie znajduje się Camila... A skoro posiada adres Cami to może łaskawie się nim ze mną podzielić… Może? MUSI!!! Nagle moja rozpacz zamieniła się w niepohamowany gniew. Jakim prawem ona stąd wyjechała? Owszem zraniłem ją, ale żeby od razu zostawiać wszystko i wszystkich? Dlaczego zachowała się tak niedorzecznie? Przecież jest świadoma tego, że nie odpuszczę dopóki jej nie znajdę. I nie mam zamiaru liczyć się z kimkolwiek… Jak dobrze, że Natt mieszka na tej samej ulicy. Dojazd na miejsce zajął mi zaledwie trzy minuty... Niemalże wybiegłem z samochodu, w trzech susach przemierzyłem schody i pięściami uderzyłem kilkakrotnie w ciemne drzwi... Natychmiast usłyszałem ciche stukanie obcasów i już po chwili w progu ujrzałem małą, zaskoczoną brunetkę... 
- Gdzie jest do cholery Cam? - spytałem bez żadnego powitania. Nie było na to czasu…  Dziewczyna patrzyła na mnie ogromnymi oczami i nic nie odpowiadała, a we mnie coraz bardziej wzbierała złość... - Natalie nie przyjechałem tu po to, żeby się na Ciebie poprzyglądać...
- Hha… Harry ja... - zaczęła się jąkać, a ja ledwo powstrzymywałem się od dalszych wybuchów... - Ja nie mogę... - No tak… Ta durna solidarność przyjaciółek... Szczerze mówiąc mało mnie to w tej chwili obchodziło... Złapałem ją za nadgarstki i popchnąłem w głąb korytarza tak iż uderzyła plecami o wieszak z kilkoma bluzami. Zacząłem krzyczeć... 
- Nie obchodzi mnie co sobie przysięgałyście!!! Rozumiesz?? Chcę ją odzyskać i nie
odpuszczę dopóki nie powiesz mi gdzie ona jest!!! 
Widziałem zbierające się łzy w jej oczach... W normalnych okolicznościach podziałałoby to na mnie łagodząco, ale w tym momencie nic nie było w stanie mnie opanować...
- Harry to boli... Puść mnie... - wyjęczała, a ja jeszcze bardziej wzmocniłem uścisk... Uwierzcie mi, że w tej chwili nie byłem sobą… I mimo tego, że gdzieś z tyłu mojej głowy tliła się myśl, aby przystopować z tą agresją, była zbyt mała i cicha, aby zapanować nad moim umysłem i ciałem…
-Ała... Harry jak się uspo... koisz to poga... damy... 
- Nie chcę rozmawiać... Chcę adresu Camili! – warknąłem.
- ODWAL SIĘ OD NIEJ!!! - usłyszałem za sobą znajomy krzyk Niall'a, ale za nim zdążyłem zareagować dostałem z pięści w nos... Natychmiast puściłem ręce dziewczyny i złapałem się za bolące miejsce.. 
- Nie odpuszczę tak łatwo... - wysyczałem i wróciłem do samochodu, po czym z piskiem opon ruszyłem przed siebie... Nie zwracałem uwagi na to, że z mojego nosa co jakiś czas kapią szkarłatne krople... Nie zwracałem uwagi na to, że moje dłonie zacisnęły się na kierownicy tak mocno, iż pobielały mi knykcie… Nie zwracałem uwagi na to, że z coraz większą siłą naciskam pedał gazu. Licznik wskazywał coraz większe liczby kilometrów na godzinę, ale im szybciej jechałem tym bardziej zaczynałem panować nad swoimi emocjami. Nagle dotarło do mnie w jaką furię wpadłem co jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło...  Będę musiał przeprosić Natt i na spokojnie z nią porozmawiać... I to jak najszybciej… To znaczy… Na pewno nie dziś… I ja, i ona musimy całkowicie ochłonąć… Zatrzymałem się gwałtownie na środku ulicy, ku wielkiemu niezadowoleniu pozostałych kierowców i zawróciłem w stronę mojego domu. Pomińmy fakt, że w przeciągu ostatnich trzydziestu czy czterdziestu minut złamałem kilkanaście przepisów. Na szczęście droga powrotna minęła mi szybko i w opanowanej atmosferze. Nim się obejrzałem dotarłem na naszą ulicę... W momencie kiedy miałem skręcić pod nasz dom, zobaczyłam, że ktoś już tam zaparkował... Samochód wydawał mi się dziwnie znajomy, aczkolwiek na tą chwilę nie miałem pojęcia czyją był własnością... Zatrzymałem się za nim i wysiadłem ze swojego auta. Szybko ruszyłem do domu, ponieważ musiałem zrobić sobie zimny okład na ten mój coraz bardziej obolały nos... Otworzyłem drzwi i wszedłem do domu.
- Harry to Ty? - usłyszałem głos Louis'a dobiegający z salonu... 
- Tak, a co?? - odkrzyknąłem udając się do kuchni. 
- Masz gościa... - powiedział cicho mój przyjaciel stojąc już w progu...  Nie mam pojęcia dlaczego, ale od razu twarz Camili pojawiła się przed moimi oczami... Owszem taka myśl, była kompletnie niedorzeczna, no ale zdesperowany mężczyzna potrafi wmówić sobie wszystko. Zostawiłem przedmioty, które zdążyłem już wyjąć i pobiegłem do salonu... Jednak kiedy tam dotarłem poczułem jednocześnie rozczarowanie, zdezorientowanie i przerażenie... Na kanapie siedziała Caroline i wyglądała jakoś tak inaczej... Przez dłuższą chwilę przyglądałem się jej, ale nie mogłem określić co jest w niej nie tak… Nagle moja głowa wyprodukowała jedno pytanie i zanim ugryzłem się w język moje usta już je wypowiadały…
- Przepraszam Cię bardzo a co Ty tutaj robisz? - spytałem, ale nie byłem pewien czy chcę znać odpowiedź... 
- Witaj Harry... Ja również się cieszę, że Cię widzę... Swoją drogą nieładnie to tak znikać bez wieści po upojnej nocy... – powiedziała kokieteryjnie, a ja czułem jak moja złość, którą zdołałem opanować kilkanaście minut temu powraca ze zdwojoną siłą…
- Wynoś się stąd... Rozumiesz? Wyjdź! - wrzasnąłem... Przysięgam, że ktoś za chwile może zginąć... I to z mojej ręki…
- Oj Harry... Harry... Rozluźnij się i najlepiej usiądź, bo mam Ci coś ważnego do powiedzenia... – odparła niczym niezrażona… Miałem ochotę podejść do niej i zacisnąć szczelnie swoje dłonie wokół jej szyi…
- Nie obchodzi mnie to co masz mi do powiedzenia... Zniszczyłaś mój związek z najwspanialszą dziewczyną jaką kiedykolwiek poznałem… Jeszcze Ci mało??
- Harry Twoje słowa mnie ranią, a nie powinnam się denerwować w moim stanie... - powiedziała z chytrym uśmiechem na twarzy. Miałem wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy…
- O czym Ty mówisz?? - spytałem zdezorientowany...

- O tym, że za pięć miesięcy zostaniesz tatą...
************************************************************************
Witajcie moi drodzy! Tak wiem, że to nie sobota, tak wiem, że pod poprzednim rozdziałem nie ma ani jednego komentarza, ale... Z racji tego, że nieuchronnie zbliżamy się do końca wakacji, a zarazem końca tego opowiadania wymyśliłam, że od dziś rozdziały będą pojawiały się codziennie... Epilog zostanie opublikowany w poniedziałek 31 sierpnia! Mi jest to bardzo na rękę, ponieważ od września zaczynam naukę w liceum, a także mam klasę dyplomową w muzyku więc chciałabym się temu oddać całkowicie... Nie wiem jak mi to wyjdzie... Możliwe, że nie wytrzymam i zacznę pisać nowe opowiadanie, ale tego jak na razie nie obiecuję! Będziecie mi musieli wybaczyć to, że prawdopodobnie w kolejnych rozdziałach nie pojawią się już żadne gify, a jeśli już to ich znikoma ilość... Mimo wszystko ja uważam, że najważniejsza jest treść, a nie obrazki... 
A teraz przejdźmy do rozdziału. Co o nim myślicie?? Chyba po raz pierwszy cały rozdział jest z perspektywy Harry'ego... Poza tym dużo się tutaj wydarzyło... Ja uważam, że wyszedł mi całkiem nieźle... No, ale nie moja opinia jest tutaj najważniejsza więc czekam na komentarze i lecę pracować nad kolejnymi rozdziałami ;) Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i "do jutra"! <3 

Aleksandra *o*

czwartek, 13 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty szósty

*Camila*  Nastrój 
Dziś zmuszona byłam wstać już o piątej.  Znów przez moje nocne koszmary. Chyba nie muszę
dodawać, że ich głównym bohaterem był Harry... Nie będę się zagłębiać w szczegóły, aby oszczędzić Wam czasu. W każdym bądź razie doszłam do wniosku, że podczas pobytu dziewczyn i taty nie dawałam po sobie poznać jak bardzo wstrząsnęła mną informacja, że chłopcy wracają wcześniej... Jednak teraz moje obawy i przerażenie nawet to nie całkiem świadome objawiają się w czasie snów... Coś w głębi serca podpowiada mi, że ich powrót może  przynieść ze sobą wiele innych niespodziewanych wydarzeń...
W każdym bądź razie mam nadzieję, że co by się u nich nie działo to ja nie będę tego częścią. Dlaczego "mam nadzieję"? Chyba zdołałam na tyle poznać chłopców, iż wiem, że potrafią wplątać mnie we własne problemy nawet podczas mojej nieobecności... I choć jestem pewna , że tata i dziewczyny mnie nie zdradzą to mam świadomość tego iż istnieje masa innych sposobów na odnalezienie mnie... A wszystkim wiadome jest to, że chłopcy mają różne znajomości więc... Boże czemu nie ostrzegałeś mnie przed wchodzeniem w związek ze sławną osobistością? Dlaczego ja sama byłam na tyle głupia i otępiała, żeby się na to wszystko zgodzić? Gdyby nie tamten jeden błąd teraz byłabym w Londynie, a za kilka godzin szykowałabym się na próbę w teatrze... Jednak szybko uświadomiłam sobie, że gdybym nie związała się z Harry'm to teraz nie oczekiwałabym przyjścia na
świat mojego maleństwa, a także nie przyjechałabym tutaj i nie poznałabym Ashton'a... A to są jakby nie patrzeć pozytywy tego całego zamieszania... Wszystko ma swoje dobre i złe strony... Nie ma co gdybać... Jakbym tak zaczęła się zastanawiać nad wszystkimi decyzjami w moim życiu to również mogłoby się okazać, że wybierałam nie tak jak powinnam... Lecz każdy człowiek uczy się na własnych błędach i tego powinnam się trzymać...
Jednakże kwestia mojej pobudki lub tego jak dziś spałam nie jest najważniejsza gdyż późniejsze wydarzenia z dzisiejszego dnia przekroczyły moje najśmielsze wyobrażenia, ale powoli i od początku... Z racji tego, że wstałam tak wcześnie mogłam pozwolić  sobie na długą odprężającą kąpiel z dużą ilością piany,  przesiadywanie przed szafą podczas wybierania ubrań na dzisiejsze spotkanie z Ashton'em, a następnie spędzanie około pół godziny przed lustrem wykonując nieskazitelny makijaż.
O godzinie dziesiątej usłyszałam dzwonek do drzwi... Nawet nie wiedziałam, że podczas wykonywania zwykłych zabiegów pielęgnacyjnych czas tak szybko ucieka. Zbiegłam po schodach w najszybszym i możliwym dla mnie tempie, a następnie energicznie otworzyłam drzwi. W progu ujrzałam nie kogo innego jak tylko mojego sąsiada. Jego widok sprawił, że na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech od ucha do ucha... Owszem taka reakcja jest równie dziwna co niemożliwa, a jednak.
Kiedy tylko pomyślę o naszym pierwszym spotkaniu wprost nie mogę uwierzyć, że nasze relacje tak bardzo się ociepliły... Wiem, wiem... Dużo z Was jak nie wszyscy może sobie pomyśleć, że to tak zwana powtórka z rozrywki, bo... z Harry'm było tak samo, ale kto wie... Przecież nie wszyscy muszą być od razu podłymi i bezdusznymi kłamcami... Tym bardziej, że gdyby się tak głębiej zastanowić to ze Styles'em jednak było całkiem odwrotnie gdyż on najpierw wydawał się być miłym dopiero później pokazał to na co go stać... Ashton'a natomiast poznałam od tej gorszej strony, ale z czasem zaczęłam odkrywać, że tak naprawdę kryje się w nim całkiem inna osoba i nadal nie odpuszczałam sobie postanowienia, że w końcu osiągnę cel i pomogę mu pozbyć się tej gburowatej maski. No dobrze, ale o tym już wiecie, a teraz przechodzę do dalszego opowiadania..
Chłopak powitał mnie, krótkim cześć po czym ukazał zęby w nieśmiałym uśmiechu. Odpowiedziałam mu tym samym i nastała cisza... Nie miałam pojęcia czy mam go zaprosić do środka, no bo w sumie mieliśmy gdzieś wyjść, a teraz stoimy w przejściu jak kołki i żadne z nas się nie odzywa... Już miałam coś powiedzieć i nawet zrobiłam minimalny krok w tył kiedy Ashton stwierdził, że powinniśmy już iść... Kiwnęłam głową, wyszłam z domu, zamknęłam drzwi na klucz i zeszłam za nim po schodach.  Ashton wziął moją dłoń i razem ruszyliśmy, jak to on określił, na spacer.
Przez cały wczorajszy wieczór myślałam, gdzie możemy się wybrać jednak do tej pory nic nie przychodziło mi do głowy. Dopiero gdy wyszliśmy z domu, dostałam olśnienia i zaczęłam się powoli domyślać celu naszej wędrówki. Mimo to postanowiłam nie poruszać tego tematu. Prawdopodobnie dlatego, gdyż sama chociaż po części chciałam mieć niespodziankę... A tak ogólnie rzecz biorąc to nie poruszyliśmy też żadnego innego tematu. Dlaczego?? Ponieważ miałam wrażenie, że chłopak
idący obok mnie jest obecny ciałem, ale nie duchem... Skąd taka myśl? Po prostu chyba dało się odczuć ten niepokój i jakiś rodzaj stresu bijący od niego. Z racji tego, że nie chciałam mu przeszkadzać również szłam w milczeniu i podziwiałam zmieniający się krajobraz, w międzyczasie oddając się własnym myślom. Coraz częściej przyłapuję samą siebie na analizowaniu minionych miesięcy, a każde takie podejście do rozmyślań kończyło się nowymi i całkowicie odmiennymi wnioskami. Tym bardziej w ostatnim czasie kiedy w moje ręce trafił poradnik dla przyszłych mam. Dlaczego właśnie od tamtego momentu? Już wyjaśniam... Otóż w tej jakże przydatnej książce, niemalże w każdym rozdziale podkreślają jak bardzo istotna jest rola ojca w wychowaniu dziecka... Kiedy widzę takie stwierdzenie i to jeszcze pogrubioną czcionką mam ochotę wyrzucić ten cały podręcznik przez okno... I choć  wiem, że za żadne skarby nie mogę wrócić do Harry'ego to z drugiej strony widzę krzyczący napis... "DZIECKO MUSI MIEĆ OJCA!" i się podłamuję... W takich chwilach, w mojej głowie pojawia się lawina wspomnień związanych ze Styles'em, które najpierw przywołują uśmiech na mojej twarzy, ale później przynoszą to co zwykle ból i wrażenie rozdrapywania zabliźniających się już ran. Czasami to wszystko mnie przerasta... Mam dość siebie, swojego życia, świata, w którym przyszło mi żyć. Rzec można, że dopada mnie wtedy typowa handra typowa chandra, jednak ja czuję, że to jest coś więcej... Możliwe, że są to, już kiedyś wspomniane, pierwsze objawy depresji... Nie mam zielonego pojęcia.  I jak na razie nie dane mi było dowiedzieć się niczego więcej, gdyż Ashton oznajmił, że dotarliśmy na miejsce.
 Przez to całe zamyślenie nawet się nie zorientowałam, że... miałam rację... Spokojnym spacerkiem przebyliśmy drogę na wrzosowisko - miejsce naszego pierwszego spotkania. Czyżby Ashton chciał zacząć od początku? (Nie powiem, ale zdobyłby tym u mnie wielkiego plusa...) Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że wszystkiego się dowiem za chwilkę. Jak na razie skupiłam swój wzrok na oglądaniu widoków... Wprawdzie tym razem nie były one już tak piękne, ponieważ każdy zimny dzień przynosił ze sobą więdniecie kwiatów, brązowienie traw i opadanie liści, aczkolwiek  magiczna aura tego miejsca wprawiała w zachwyt każdego człowieka.
Bez większego zastanawiania usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy wpatrywać się w błękitno-szare niebo. Gdzieniegdzie płynęły sobie małe chmurki, więc zajęłam się rozpoznawaniem kształtów, jednak na dłuższą metę nie było to czymś hmmm pasjonującym czy fascynującym.  Milczeliśmy jeszcze przez dłuższą chwilę... Ta cisza zaczynała się w tym momencie robić męcząca, ale kiedy już chciałam przerwać to otępienie, Ashton cichym i niepewnym głosem zaczął mówić...
- Widzisz Camilo kiedy tu przyjechałaś poznałaś mnie od tej złej strony... W dodatku wszyscy
przedstawili Ci mnie jako chłopaka, który wdaje się w bójki, jeździ motorem jak szaleniec i ogólnie sieje spustoszenie w każdym miejscu gdzie się pojawi. Owszem po części mieli rację... Zapewne Twoja ciotka powiedziała Ci, że nie byłem taki od początku, że pewnego dnia coś się stało i zmieniłem całe swoje nastawienie do wszystkiego co mnie otacza. Tu też się w niczym nie pomyliła... Dotychczas nikt nie poznał mojej prawdziwej historii. Zanim jednak zacznę swoją opowieść chciałbym Cię bardzo przeprosić za moje zachowanie podczas naszego pierwszego spotkania i... zaproponować, żebyśmy zaczęli naszą znajomość od początku... - Nie miałam pojęcia co mam powiedzieć... Chociaż spodziewałam się podobnego scenariusza to jednak, kiedy stanęłam przed faktem dokonanym nie byłam w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę... Nie mogłam wydusić słowa dlatego też położyłam swoją rękę na dłoni chłopaka i uśmiechnęłam się promiennie... Sam fakt, że za chwilę dokona się coś czego oczekiwałam, co było jakby częścią mojego celu w jakiś sposób sprawił, że oniemiałam... Na szczęście Ashton zrozumiał, że tym gestem wyraziłam swoją zgodę gdyż zaczął mówić... - Dwa lata temu w tym miasteczku była trójka przyjaciół. Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Ja, Jason i Emily cóż... Byliśmy ze sobą bardzo zżyci... Nie było chwili, której nie spędzaliśmy w swoim towarzystwie... Wspólne wakacje, wypady do kina, imprezy i tym podobne... Zawsze razem bez względu na nic... - do tego momentu jego wyraz twarzy był bardzo neutralny. Jednak po ostatnim zdaniu zatrzymał się, westchnął, i promiennie się uśmiechnął jakby na wspomnienie starych
dobrych czasów. Chwilę później już kontynuował swoją historię, ale nadal z uśmiechem na twarzy. -Któregoś pięknego dnia doszedłem do wniosku, że czuję coś więcej do Em... Postanowiłem jej to wyznać dlatego też kupiłem kwiaty, wystroiłem się jak nie wiadomo jaki elegant i pojechałem pod jej dom. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj... Pogoda była piękna... Świeciło słońce, a na błękitnym niebie nie było ani jednej chmury. Jakby nie patrzeć warunki idealnie sprzyjające do wyznania miłości. No więc "wyciągnąłem" Emily z domu pod byle pretekstem i bez żadnych uprzedzeń poinformowałam ją o tym co do niej czuje... – nie sądziłam, że jego uśmiech może być jeszcze większy, ale właśnie mnie o tym uświadomił. -Uwierz mi, że nie jesteś nawet w stanie wyobrazić sobie mojej radości, kiedy ówczesna przyjaciółka stwierdziła, iż odwzajemnia moje uczucia... Zaczęliśmy spotykać się ze sobą częściej tylko sam na sam, ale mimo wszystko staraliśmy się nadal być tak samo zgraną grupą trójki przyjaciół. Jason nie był ani zły, ani przeciwny temu związkowi, wręcz przeciwnie bardzo nam kibicował... Czy mogło być piękniej? Znalazłem miłość swojego życia, a przy tym nie straciłem żadnego z przyjaciół... Tak było przez calusieńki rok... Możesz mi wierzyć lub nie, ale odliczałem ostatnie dni do równej rocznicy gdyż miałem dla Emily wspaniałą niespodziankę... Stwierdziłem, że jesteśmy ze sobą już tak długo, kochamy się najbardziej na świecie i nie widzimy świata poza sobą dlatego też postanowiłem się jej oświadczyć. Nadszedł w końcu ten dzień... Ubrałem się w swój najlepszy garnitur, kupiłem największy bukiet czerwonych róż i najpiękniejszy pierścionek, a następnie udałem się do domu swej ukochanej...
Podekscytowany i szczęśliwy wszedłem do jej domu bez pukania, ani dzwonienia... – zauważyłam jak od tej chwili mina mu coraz bardziej rzednie…Nie miałam nawet pojęcia dlaczego, ale wiedziałam, że za chwilę się dowiem… -Podczas drogi do jej pokoju czułem się jakbym leciał na skrzydłach, ale kiedy otworzyłem drzwi spadłem i to z ogromnym hukiem... Zastałem swoją dziewczynę w sypialni ze swoim najlepszym przyjacielem... Emily znalazła taki sposób na spędzenie naszej okrągłej rocznicy...- tu ponownie się zatrzymał, a ja znałam już odpowiedzi na wszystkie pytania krążące po mojej głowie… Nie wiedziałam czy to już koniec, czy mam się odezwać… Ale nawet jeśli miałabym coś powiedzieć to kompletnie nie wiedziałam co… Zaskoczenie i niedowierzanie ogarnęło cały mój umysł… Jak? Jakim cudem? A przede wszystkim dlaczego?? W moje myśli wkradł się poważny głos Ashton’a. - To właśnie sprawiło, że stałem się taki oschły i zgorzkniały... To właśnie ta sytuacja wyzuła mnie z wszelkich uczuć... Nie byłem w stanie uwierzyć w to, że istnieje prawdziwa miłość. Nie wierzyłem kompletnie w nic. A jeżeli zastanawiasz się co miało miejsce po tym całym zdarzeniu to już Ci odpowiadam... Emily i Jason zamieszkali razem jakby nigdy nic i stali się najwspanialszą parą na świecie... Nawet nie próbowali się tłumaczyć czy...- tu znów zatrzymał się na chwilę, wziął głębszy oddech i całkowicie zmienił temat- Wiesz dlaczego tak bardzo na Ciebie naskoczyłem podczas naszego pierwszego spotkania? - zapytał, a ja pokręciłam przecząco głową, bo tylko na tyle było mnie stać w tamtym momencie - ponieważ z wyglądu jesteście do siebie podobne niemalże jak dwie krople wody. - domyśliłam się, że Ashton zakończył swój monolog gdyż spuścił głowę i przez dobrych kilka sekund w ogóle się nie odzywał. Nadal nie miałam pojęcia jak się zachować... Z jednej strony byłam zaszczycona tym, że Ash obdarzył mnie takim zaufaniem i wyznał całą prawdę, a z drugiej świadomość jak bardzo został skrzywdzony jeszcze bardziej mnie przytłoczyła... Niepewnie podniosłam dłoń i musnęłam palcami kilka kosmyków jego kręconych włosów... Chłopak spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął dzięki czemu dodał mi trochę otuchy...
- Hmmm... Ashton... Najpierw chciałabym powiedzieć, że jestem bardzo zaskoczona... Tym, że opowiedziałeś mi jako jedynej swoją historię, ale także jej treścią... Nigdy nie pomyślałabym, że dziewczyny również są zdolne do takich czynów jak ta cała Emily... Mam nadzieję, że po upłynięciu tego roku doszedłeś do wniosku, że to ona nie zasługiwała na kogoś tak wspaniałego jak Ty, a jeżeli jeszcze sobie tego nie uświadomiłeś to robię, to ja! W związku z tym, że Ty podzieliłeś się ze mną swoją historią to i ja postanowiłam Ci coś opowiedzieć, ale to za chwilkę. Przedtem chciałam tylko zaznaczyć, że mimo tego, iż może jesteśmy do siebie podobne z wyglądu to charaktery mamy całkiem odmienne... A teraz... Przyszedł czas na wyznanie czegoś o mnie... Zacznijmy od tego, że chłopak, którego widziałeś na ekranie mojego laptopa ma na imię Harry... Poznaliśmy się w dość nietypowy sposób i ogólnie początek naszych relacji nie był zbyt kolorowy. Uwierz mi, że od pierwszej chwili kiedy się tylko spotkaliśmy nienawidziłam go i nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Jednak los chciał inaczej… Niemalże każdego dnia gdzieś się spotykaliśmy… Nie mam zamiaru wdawać się w szczegóły. – moja mimika również zmieniała się z każdym zdaniem, ale nie mogłam nad tym zapanować… Moja twarz odzwierciedlała każde towarzyszące mi uczucie… -W każdym bądź razie po kilku spotkaniach mniej lub bardziej zaplanowanych postanowiliśmy, że spróbujemy dać sobie szansę jako para.  Byliśmy taką cudowną parą przez jakiś miesiąc i… I po tych czterech wspaniałych tygodniach, przepełnionych wycieczkami, wyjazdami i różnymi atrakcjami mój chłopak również postanowił zrobić mi ogromną niespodziankę, tylko, że ona nie była tak cudowna jak ta, którą przygotowałeś dla Emily. Otóż po miesiącu bycia ze sobą i obiecywania przeróżnych rzeczy, Harry był na tyle wspaniałomyślny, iż zdradził mnie ze swoją byłą dziewczyną... A co w tym wszystkim najwspanialsze? Próbował ten fakt przede mną zataić na różne sposoby... Jednak z racji tego, iż jest członkiem znanego zespołu na drugi dzień już cały świat wiedział o jego "występku", więc mimo wszelakich starań wszystkiego się dowiedziałam... Jak się pewnie domyślasz nie widziałam nawet cienia szansy na to, żebym mu wybaczyła... I wszystko byłoby idealnie gdybym kilka dni później nie dowiedziała się, że jestem z nim w ciąży.... Na początku to do mnie nie docierało, nie mogłam uwierzyć, że zostanę matką w tak młodym wieku... Raz nawet przeszło mi przez myśl, żeby poddać się „zabiegowi” – tu spojrzałam na niego wymownie… Po prostu słowo na „a” nie przechodziło mi przez gardło. - ale wtedy poszłam na cmentarz i porozmawiałam z moją zmarłą mamusią, która w cudowny sposób wybiła mi ten pomysł z głowy. Kiedy już oswoiłam się z tą myślą postanowiłam wyjechać, zmienić numer i już nigdy więcej nie spotkać się z Harrym... Ot i cała moja historia...- Starałam się opowiadać wszystko ze spokojem, niestety nie udało mi się powstrzymać łez. Wprawdzie na moich policzkach pojawiły się tylko dwie krople słonej cieczy mimo wszystko
świadczyły one o tym, że jestem słaba i cały czas przeżywam coś co przecież miało miejsce prawie pięć miesięcy temu... Kiedy już miałam otrzeć łzy, Ashton mnie wyprzedził i już po chwili to jego kciuk dotykał mojej skóry... Przez moje ciało przeszedł delikatny, ale przyjemny dreszcz, którego nie czułam od tak dawna co wzbudziło we mnie niedowierzanie i ogromne zaskoczenie. Nie byłam tylko do końca pewna czy to przez dotyk Ashton'a, czy przez ruchy dziecka, które według poradnika, mogłam już odczuwać... Niestety nie dane było mi się tego dowiedzieć gdyż nic podobnego się już później nie powtórzyło... W każdym bądź razie nie zastanawiałam się nad tym dłużej, ponieważ zaczęłam działać impulsywnie i słuchając wskazówek serca, a nie rozumu. Podniosłam swoją rękę i położyłam na dłoni Ashton'a w chwili kiedy już otarł obydwa policzki. Chłopak spojrzał mi głęboko w oczy, a mi aż zawirowało w głowie... Jeszcze chyba nigdy w życiu nie patrzył na mnie takim przenikliwym wzrokiem... W pozytywnym znaczeniu tego wyrażenia oczywiście... Moje serce zaczęło bić w szybszym tempie i to właśnie na tym zjawisku skupiłam swoją całą uwagę, dlatego też nie zauważyłam jak bardzo zbliżyły się nasze twarze... Nie byłam w stanie tego przedłużać... Jak już wcześniej wspomniałam słuchałam tylko i wyłącznie wskazówek
serca gdyż mój rozum w tamtym momencie tymczasowo się wyłączył... Przysunęłam się jeszcze bliżej i nie czekając ani chwili musnęłam swoimi ustami miękkie wargi Ashton'a... Wtedy przez moje ciało przeszedł już mniej delikatny dreszcz, który zdołał wyczuć nawet Ashton. Po czym to stwierdzam? Po tym jak uśmiechnął się poprzez nasz pocałunek, który trwał i trwał... Oboje
byliśmy spragnieni prawdziwej miłości dlatego wydarzyło się to co się wydarzyło... Co będzie dalej? Tego w tym momencie nie wie nikt...
*********************************************************************************
Witam Was bardzo serdecznie po dłuższej przerwie! Właśnie od tego pragnę zacząć... Rozdział nie pojawił się w sobotę ponieważ... W tym momencie mogłabym wymienić wiele powodów, bo ostatnio bardzo dużo się u mnie dzieje, ale chcę być z Wami szczera i napiszę caluteńką prawdę otóż byłam bardzo cierpliwa... Czekałam z gotowym rozdziałem już od dłuższego czasu na komentarze i w ogóle, ale nie pojawiało się nic... Przez tydzień nie pojawił się ani jeden komentarz... Byłam wściekła i fochnięta... Stwierdziłam, że na razie to rzucam...  Nie wiem na ile, nie wiem na kiedy, ale musicie mieć jakąś nauczkę... Później pomyślałam, że prawdopodobnie nikt nie zauważy braku działalności na blogu, bo nikt go nie czyta i jeszcze bardziej utwierdzałam się w przekonaniu żeby nic nie pisać i nie publikować... Aż do wczoraj... Komentarz Forever Yours i nowej czytelniczki przywrócił mi wiarę w Was więc postanowiłam dłużej nie zwlekać i... oto jest dwudziesty szósty rozdział z wieloma wyjaśnieniami... Dosłownie wyłam jak go pisałam więc myślę, że jest całkiem dobry, ale moje zdanie tu liczy się najmniej więc... Proszę Was o to abyście już po otrząśnięciu się, przyswojeniu wszystkich informacji i oderwaniu wzroku od gifów z przeboskim Ashton'em napisały chociaż kilka słów z własną opinią gdyż to wiele dla mnie znaczy!!! Nie wiem co mogę tu jeszcze napisać... Pytań chyba nie muszę zadawać, bo po takim rozdziale to komentarz sam się piszę bez żadnych pomocy od autora więc... ja teraz siedzę i czekam na jakiś odzew od Was... Mam nadzieję, że nie zmusicie mnie do kolejnych fochów i "zawieszeń"! Pragnę zadedykować ten rozdział  Darii Wojdak, no i oczywiście Forever Yours również zasługuję na dedykację!!! Myślę, że Was nie zawiodłam... <3 
Pozdrawiam wszystkich czytelników i jeszcze raz namawiam do pisania komentarzy... Dla Was to tylko kilka minut, a dla mnie godziny, a nawet dni radości, ekscytacji i motywacji do dlaszego tworzenia!!! Przesyłam uściski i całusy!!! <3 



Aleksandra *o*