środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział trzydziesty czwarty

Camila
Kolejny świąteczny dzień… Boże Narodzenie… Co więcej, właśnie dziś obchodzę swoje dwudzieste pierwsze urodziny… Nie powiem, ale zapowiadają się dość uroczyście… Zawsze spędzałam je z moimi przyjaciółkami, ale jakby nie patrzeć ten rok całkowicie różni się od pozostałych, więc nie jestem jakoś zawiedziona czy coś… Po prostu czuję się dość niepewnie, ale nie powinnam się stresować ani przejmować, bo to źle wpływa na moje maleństwo, a i tak zanadto je narażałam ostatnimi czasy… Leżąc na łóżku i gapiąc się w sufit, wykonałam kilka ćwiczeń oddechowych, aż w końcu postanowiłam wstać i zejść na dół… W kuchni już krzątała się ciocia, a mój tata chyba jeszcze spał. Otworzyłam lodówkę i zaczęłam przygotowywać dla siebie jakieś pożywne śniadanie… Podczas gotowania i konsumowania czas umilała mi rozmowa z ciocią. Później dołączył do nas także mój ojczulek. Atmosfera zrobiła się naprawdę przyjemna i cieplutka… Jedyne co delikatnie mnie dziwiło i niepokoiło to fakt, że żadne z nich nie poruszyło tematu moich urodzin… Żadnych życzeń, no dosłownie i kompletnie nic… Nawet nie wspomnieli o dzisiejszym przyjęciu czy kolacji u państwa Montgomery… Z drugiej strony może to dla mnie lepiej… Kiedy już zjadłam swój posiłek, wstałam i niepostrzeżenie wymknęłam się z kuchni… Szczerze mówiąc, nie musiałam się jakoś starać, gdyż rodzeństwo zajęło się rozmową na ważne dla nich tematy, więc najstosowniejszym było się ulotnić… Znalazłam się w swoim pokoju i od razu zerknęłam na zegarek. Było sporo po dziesiątej, ale mimo wszystko do całej uroczystości zostało jeszcze kilka godzin… Stwierdziłam, że zrobię sobie takie leniwe przedpołudnie… Nie chciało mi się przebierać, ani malować, kiedy wiedziałam, że za kilka godzin musiałabym powtarzać całą tą ceremonię… Dlatego też przez kilka minut przemieszczałam się bez celu po pokoju. Przejrzałam spakowaną niedawno torbę, dorzuciłam parę rzeczy, poprawiłam kocyk w łóżeczku i zrobiłam jeszcze kilka innych błahostek. W końcu usatysfakcjonowana usiadłam na swoim łóżku z laptopem na kolanach i zaczęłam przeglądać różne fora internetowe na temat ciąży i dzieci… Ostatnio zauważyłam, że książki i poradniki mi już nie wystarczają. Wiadomo, że psychologowie czy jacyś inni specjaliści inaczej postrzegają temat macierzyństwa niż właśnie matki lub kobiety oczekujące dziecka… Czytając wypowiedzi dziewczyn w moim wieku, a nawet młodszych czułam się, że nie jestem jakimś wyjątkiem... Że na całym świecie znajduje się ogromna ilość samotnych matek… To dodawało mi otuchy… Świadomość, że ktoś ma podobny problem sprawiał, że patrzyłam na moją sytuację z całkiem odmiennej perspektywy… Podziwiałam wszystkie dziewczyny, które z taką łatwością opisują swoje przygody czy odczucia i dzielą się nimi z całym światem… Wiele razy zbierałam się w sobie i również miałam napisać coś od siebie… Nie na forum, ale na czacie, który również znajdował się na każdym forum, ale za każdym razem rezygnowałam z tego pomysłu. Dziś jednak z racji tego, że bardzo mi się nudziło i potrzebowałam kontaktu z osobami, które naprawdę mogą zrozumieć moją sytuację, odważyłam się i napisałam. Chyba nie zdołacie sobie wyobrazić mojego szerokiego uśmiechu na twarzy, kiedy dostałam tak wiele miłych i pozytywnych odpowiedzi… Rozentuzjazmowana i z wypiekami na twarzy kontynuowałam rozmowę… Poznałam trzy naprawdę cudowne przyszłe mamy: Biley (17 lat), Dorothy (23 lata) i Amy (19 lat). Poznałam historię każdej z osobna… Powiem szczerze, że wszystkie na swój sposób były okropne… Czytając ich wypowiedzi, na początku nie byłam w stanie uwierzyć, że mężczyźni są zdolni do robienia tak strasznych rzeczy… To aż nieprawdopodobne, że aż tyle kobiet i dziewczyn zostało skrzywdzonych… No, ale wracając do naszej rozmowy. Po wymienieniu się swoimi historiami doszłyśmy do wniosku, że faceci to chamskie świnie… Chociaż… zdarzają się wyjątki… Potwierdzeniem jest na przykład mój Ashton, no i Max (obecny narzeczony Dorothy).
Tak bardzo się wkręciłam w to czatowanie, że zapomniałam o bożym świecie… Dopiero dźwięk przychodzącego SMS-a wyrwał mnie ze szponów internetowego forum. Sięgnęłam po telefon i odblokowałam go jednym ruchem. Okazało się, że wiadomość wysłał Ashton, a jej treść brzmiała następująco: „Kochanie, możesz zacząć się już szykować… Będę po ciebie za jakąś godzinę :* „ Z niedowierzaniem zerknęłam na zegarek. Była 15.30... To nie może być prawda… Sprawdziłam godzinę jeszcze raz, ale o pomyłce nie było mowy, gdyż wskazówki zegara na ścianie również wskazywały piętnastą trzydzieści… Szybko wstukałam krótką wiadomość pożegnalną z prośbą o numery telefonów każdej z dziewcząt i zamknęłam laptopa… Kiedy ten czas tak zleciał?? Przecież to miała być tylko chwilka… Tak żeby zapełnić wolny czas. No nieważne… Teraz muszę ogarnąć się w ekspresowym tempie… Wstałam z łóżka, wzięłam sukienkę z fotela i szybko powędrowałam do łazienki, aby się w nią przebrać… Miałam trochę problemów z zamkiem, ale ostatecznie po pięciu minutach sapania i stękania udało mi się go zapiąć. Wróciłam do pokoju, usiadłam przy biurku i zajęłam się fryzurą… Nie miałam czasu na prostowanie czy kręcenie włosów, dlatego postanowiłam je upiąć w szybki i prosty sposób, ale tak, aby wyglądało elegancko. Po trzech nieudanych próbach rzuciłam wszystkie spinki i gumki w kąt, rozczesałam porządnie włosy i przyznałam, że od biedy może być i tak… Oczywiście w duchu przeklinałam siebie za to, że spędziłam większość czasu na forum zamiast od dwóch godzin już się przygotowywać, ale mimo wszystko uśmiechałam się pod nosem i wiedziałam, że nie był to czas stracony. Wydobyłam z szuflady wszystkie potrzebne mi kosmetyki i zabrałam się za makijaż… Nie wiem jakim cudem mi się to udało, ale wyrobiłam się i to przed czasem… O godzinie szesnastej dwadzieścia pięć stałam już w hallu. Ubrana w płaszczyk i kozaczki czekałam na przybycie Ashton’a. Ostatnie spojrzenie w lustro i… dzwonek do drzwi. Nie pytajcie mnie, dlaczego nagle zaczęłam się stresować… W końcu normalne osoby raczej nie stresują się przed własnym przyjęciem urodzinowym, czyż nie?? No, ale jakby nie patrzeć ja nigdy nie byłam tą normalną… Z niepewnym uśmiechem otworzyłam drzwi. Na widok Ashton’a oniemiałam… Ubrany był w najprawdziwszy garnitur, a nawet miał wystylizowane włosy…
- Witam cię Camilo… Gdybyś mieszkała trochę dalej, to przyjechałbym po ciebie i to białą limuzyną, ale z racji tego, że jesteśmy sąsiadami, musi uszczęśliwić cię spacer obok mojej skromnej osoby… - wypowiedział te słowa tak, jakby miał je już wcześniej ułożone, ale jego swobodny ton nie wskazywał na coś podobnego… Ale dobrze wiemy, że to jest najmniej istotne. Fakt, iż swoją wypowiedzią i szczerym uśmiechem potrafił odpędzić ode mnie wszystkie przykre myśli, był dla mnie najważniejszy.
- Witaj Ashtonie… Spacer u twego boku wydaje się równie przyjemny, co podróż limuzyną… - odparłam i cmoknęłam go w policzek. Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej i złapał mnie za rękę…
- No więc chodźmy…
Tak zrobiliśmy. Zamknęłam dom na klucz i po jakichś trzech minutach znaleźliśmy się przed mieszkaniem Ashton’a. Mój narzeczony otworzył drzwi, a moim oczom ukazała się gromadka najbliższych mi osób stojąca w hallu. Tata, ciocia, rodzice Ashton’a, ale także moje dwie przyjaciółki, które nie wiem jakim cudem się tutaj znalazły… Na mój widok zaczęli śpiewać „wszystkiego najlepszego”. Łzy wzruszenia od razu pojawiły się w moich oczach… Miałam ochotę podejść do nich jak najbliżej i każdego z osobna wyściskać… Jednak nie ruszyłam się z miejsca… Stałam ramię w ramię z Ashton’em i czułam jego ciepłą dłoń na swojej. Nie da się opisać co czułam w tamtym momencie… Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie… Wszyscy mówią, że w urodzinach najbardziej nie lubią tych publicznych życzeń, tego skrępowania, tej niewiedzy jak się zachować… Ja nigdy tego tak nie odczuwałam… Dla mnie to było coś wspaniałego… I owszem, może stałam jak kołek, ale w żaden sposób nie czułam się niepewnie. Wiedziałam, że osoby, które tutaj przebywają, kochają mnie i są tutaj tylko i wyłącznie dla mnie… Kiedy już wszyscy ucichli, ja od razu zaczęłam dziękować… Jednak szybko zostało mi to przerwane, gdyż wszyscy goście dosłownie rzucili się na mnie z osobistymi życzeniami i prezentami… Nie wiedziałam tylko  dlaczego to wszystko odbywa się w hallu, ale nie miałam okazji się nad tym jakoś dłużej zastanawiać. Po wysłuchaniu wszystkich przepięknych słów i odebraniu przeróżnych pudełek oraz torebek, wreszcie przeszliśmy do salonu. Tam czekała na mnie kolejna niespodzianka… Muszę przyznać, że Ashton bardzo się postarał, jeżeli chodzi o wystrój salonu. Wszędzie były balony i tego typu dekoracje… Wiele osób może stwierdzić, że w wieku dwudziestu jeden lat nie przystoi na tego typu ozdoby, ale według mnie to było bardzo urocze…
Wszyscy zajęliśmy swoje miejsca i zaczęliśmy konsumować kolację, a raczej taki późniejszy obiad. Oczywiście bardzo mnie korciło, żeby chociaż zerknąć do środka tych wszystkich podarków, ale stwierdziłam, że najstosowniej będzie, kiedy otworzę je wszystkie w domu. Po zjedzeniu dwóch głównych dań i ogólnej wymianie zdań, goście jakby podzielili się na dwie grupy. Rodzice Ashton’a, ciocia i tata znaleźli jakiś wspólny temat, natomiast ja, Ashton, Mandy i Natalie przysunęliśmy się do siebie i ściszonymi głosami rozmawialiśmy o rzeczach dla nas istotnych… To znaczy… Tak naprawdę to udzielałyśmy się tylko we trzy. Ash wyłączył się całkowicie i skupił swój wzrok na mnie…
- Tak w ogóle to na ile przyjechałyście? – spytałam.
- A co, już masz nas dość? – zaśmiała się Mandy, na co ja udałam wielkie obruszenie…
- No właśnie nie! Bardzo się za wami stęskniłam i… mamy wiele spraw do omówienia…
- Wyjeżdżamy dwudziestego dziewiątego… - odparła spokojnym tonem Natt…
- No… Myślę, że uda nam się wszystko nadrobić…
Rozmawiałyśmy tak dość długo… Około godziny osiemnastej Ashton nagle oprzytomniał, wstał i zniknął gdzieś w kuchni… Wszyscy popatrzyli na mnie z lekką dezorientacją w oczach, ale i ja nie miałam pojęcia o co chodziło… Na szczęście wszystko wyjaśniło się po pięciu minutach, kiedy mój ukochany wrócił z ogromnym tortem… Znów nie potrafiłam ukryć ogromnego zaskoczenia i wzruszenia… Fakt, że on się tak bardzo dla mnie postarał sprawiał, że wokół mojego serca pojawiała się jakaś cieplutka otoczka… Chłopak postawił tort na stole i zwrócił się do mnie:
- Jako, że ty jesteś solenizantką to na tobie spoczywa obowiązek pokrojenia go – w tym momencie podał mi nóż i wskazał na ogromne ciasto.
Chwilę mi zajęło, zanim zdecydowałam jak się do tego zabrać, ale w końcu mi się udało… Po niedługim czasie, każdy zajadał się tymi wspaniałymi słodkościami, ciszę przerwał zachwycony głos cioci:
- Ashtonie, sam go upiekłeś?
Siedem par oczu zwróciło się w stronę zakłopotanego i zarumienionego chłopaka…
- Sam go wybrałem i zakupiłem – odparł w końcu, czym wzbudził rozbawienie wszystkich gości… Nie chciałam, żeby czuł się jeszcze bardziej zakłopotany, dlatego od razu dałam mu całusa… Od razu się rozchmurzył…

***

Po godzinie dwudziestej zaczęliśmy się zbierać… Jeszcze raz podziękowałam za poświęcenie czasu na zorganizowanie przyjęcia oraz za wszystkie prezenty. Ofiarowałam także pomoc w sprzątaniu, ale ani Ashton, ani jego rodzice nie chcieli nawet o tym słyszeć… Nie pozostało nam nic innego, jak pożegnać się, zabrać prezenty i wrócić do domu… Oczywiście zanim to wszystko uczyniłam,  musiałam jeszcze pożegnać się czule z moim narzeczonym… Dopiero wtedy spokojnie opuściłam jego mieszkanie i dołączyłam do mojego taty, ciotki, Mandy i Natt… Po dotarciu do domu we trzy zniknęłyśmy w moim pokoju. W końcu mogłam zaspokoić ciekawość i obejrzeć wszystkie prezenty.  Zaczęłam od torebeczki, którą wręczali mi państwo Montgomery. Znalazłam w niej błękitne śpioszki z prześlicznym wzorkiem oraz kolczyki – małe, białe perełki. Podałam je dziewczynom i bez zastanowienia sięgnęłam po najmniejsze pudełeczko. Rozwiązałam tasiemkową kokardkę najdelikatniej jak potrafiłam i odwinęłam błyszczący papier. Z szybko bijącym sercem otworzyłam „wieczko”. Moim oczom ukazał się piękny wisiorek z przewieszką w kształcie litery „A”. Teraz już byłam w stu procentach pewna od kogo był ten podarunek… Ze łzami w oczach zabrałam się za otwieranie kolejnego prezentu. Była w nim mała grzechotka i ramka ze zdjęciem. Fotografia przedstawiała mojego tatę obejmującego mamę, która w swoich ramionach trzymała małe białe zawiniątko… Wzruszenie przybrało na sile. Na szczęście przedostatni prezent ujarzmił trochę moje emocje… Mianowicie ciocia podarowała mi kwiecistą sukienkę oraz smoczek dla maleństwa. Został mi tylko jeden upominek. Szczerze mówiąc właśnie on wzbudził u mnie największą ciekawość, gdyż był ogromny w porównaniu do pozostałych. Dziewczyny, aż się wyprostowały widząc, że zabieram się za otwierania prezentu od nich… Nie powiem, ale trochę się namęczyłam gdyż starałam się nie uszkodzić ozdobnego papieru. Na szczęście udało mi się dostać do pudełka bez obrywania czy przedzierania. Dziewczyny wstrzymały oddech, a ja zajrzałam do środka… No i znów się rozczuliłam… W środku znajdowała się antyrama z kolażem naszych wspólnych zdjęć… Oprócz niej znajdował się tam jeszcze rożek dla dziecka. Podeszłam do nich i jeszcze raz mocno je uścisnęłam…
- No już! Koniec tych czułości… Przecież musimy jeszcze poważnie porozmawiać… - odparła Natt.
Szczerze mówiąc sądziłam, że odbędzie się to dopiero jutro, ale skoro już poruszyłyśmy ten temat, to…
Rozłożyłyśmy się wygodnie na łóżku i zaczęłyśmy rozmawiać…
- No więc… Zaczynaj Cam, bo jakby nie patrzeć to ty najbardziej chciałaś się z nami czymś podzielić…
No tak… Przecież dziewczyny jeszcze nic nie wiedzą o zaręczynach z Ashton’em. I znów stresuję się przed wyjawieniem tej informacji… Myślałam, że przynajmniej przed dziewczynami się nie będę tak stresować, poza tym mam już w tym trochę wprawy, a mimo to nadal coś mnie stresowało przy poruszaniu tego tematu… Dlatego właśnie nie odezwałam się ani słowem, tylko pokazałam im prawą dłoń…
- Mamy cię zabrać do kosmetyczki, żeby zrobiła ci coś z paznokciami?? – spytała Mandy, a ja się załamałam… Niby nie blondynka, a jednak… I nie mam na celu urażenia tu dziewczyn o tym kolorze włosów, ale wszyscy wiemy jaka jest o nich powszechna opinia…
- Nie kochanie… Salon kosmetyczny jest ostatnim miejscem, którego teraz potrzebuję… - odparłam… Cała nadzieja w Natt… Jednak i ona jakoś dziś była mało spostrzegawcza, więc byłam zmuszona do wyspowiadania się… - Ashton mi się oświadczył… a ja powiedziałam „tak”…
I znów ich zachowanie mnie zaskoczyło… Normalnie zaczęłyby skakać, aż po sufit na takie wieści, a teraz patrzyły na mnie takim wzrokiem, jakbym im powiedziała, że kogoś zabiłam… Nie rozumiałam o co im chodzi, ale nie miałam zamiaru też z nich tego wyciągać… Wiedziałam, że za chwilę wszystkiego się dowiem…
- Ekhem… - aha! Natt chrząka, a to oznacza poważny ton i masę pouczeń… - Camilko… Nie odbierz tego źle, ale… Uważam, że zbyt szybko podjęłaś taką decyzję… - tu zatrzymała się na chwilę, jakby szukała odpowiednich słów i określeń… Nie zajęło jej to długo, dlatego ciszę w pokoju znów wypełnij jej spokojny, ale dość oschły głos. – Znasz Ashton’a niecałe cztery miesiące… Chciałabym ci przypomnieć jak zareagował, kiedy zobaczył cię po raz pierwszy… Okej, uratował cię kilka dni później, ale… on jest brutalny Cam… Sama mówiłaś, że prawie pobił tego chłopaka na śmierć… Co będzie jeśli po jakimś czasie zdenerwuje się na ciebie, albo na twoje maleństwo?? – jej ton głosu był w tym momencie bardzo irytujący… Co więcej, jej wypowiedź była całkowicie niedorzeczna… One o nim nic tak na dobrą sprawę nie wiedzą!!!
- Po czyjej stronie jesteście?? Widzę, że za wszelką cenę chcecie postawić Ashton’a w najgorszym świetle… Myślicie, że w ten sposób będę inaczej patrzeć na sytuację z Harrym? Jeśli tak, to bardzo się mylicie… Harry mnie zdradził i choćby nie wiem jak się starał, to dalej będzie dla mnie zerem… A widzicie, żeby się starał?? Nie! Wybrał Caroline! I on też się żeni! To dlaczego ja nie mogę sobie ułożyć życia?! Swoją drogą Natt… Użyłaś argumentu, że Ashton jest brutalny… A co zrobił Harry kiedy nie zastał mnie w domu?? – pytanie zawisło w powietrzu… Myślałam, że już wygrałam, ale tym razem to ja się myliłam…
- Camila, to są całkiem dwie inne sprawy… Harry złapał mnie tylko za nadgarstki, a Ashton mało nie zabił tego chłopaka… - widziałam, że zaczyna się coraz bardziej denerwować…
- Patrz… A jeszcze nie tak dawno twierdziłaś, że gdyby nie Niall to nie wiesz jakby się to dalej potoczyło?? – i cała przyjemność dzisiejszego dnia minęła… Ale to nie moja wina… Nie pozwolę na to, żeby Harry uważany był za kogoś lepszego od Ashton’a…
- Od razu zaznaczyłam, że nie chcę cię nastawiać przeciwko niemu…

- To nie ma sensu… Harry układa sobie życie z Caroline, ja też mam prawo do miłości… - postawiłam na swoim i nie miałam zamiaru słuchać niczego o Stylesie… Dobre humory już nam nie wróciły dlatego każda z nas przebrała się w piżamy i bez słowa położyłyśmy się spać.. 

Rozdział trzydziesty trzeci

 Narracja 3-osobowa


Dni do Wigilii mijały bardzo szybko... Ale zapewne sami wiecie, jak to jest. Sprzątanie, gotowanie, szukanie odpowiednich prezentów i tak dalej, i tak dalej... Nie ma czasu na zastanawianie się czy rozmyślanie, bo cały czas jest coś do zrobienia... Tym bardziej, że Camila została z tym wszystkim sama. Spytacie pewnie dlaczego... Otóż jak już bardzo dobrze wiecie, ciotka Cam pracuje jako pielęgniarka, a to oznacza, że nawet w samą Wigilię wróci przed samą uroczystą kolacją... Owszem, Camila miała jeszcze Ashton'a, ale chłopak musiał przecież pomóc w przygotowaniach swojej mamie... Dlatego też dziewczyna miała wszystkie obowiązki na swojej głowie, ale nie przeszkadzało jej to... Sama myśl o tym, że po „męczarni” przygotowań przyjdą piękne, rodzinne święta, rekompensowała wszystko. Ponad to Cami miała wspaniały zmysł organizacji. Podzieliła sobie zadania na każdy dzień, dzięki czemu nie zapomniała o niczym i zrobiła wszystko w stu procentach jej możliwości... Pierwsze dwa dni poświęciła na sprzątanie... Trzeba zważyć na to, że Camila jest w piątym miesiącu ciąży, dlatego też nie mogła się zbytnio przemęczać i wykonywać czynności z taką samą szybkością jak inne dziewczęta... A mimo wszystko po całych dwóch dniach odkurzania, ścierania kurzy, mycia, polerowania i prania cały dom lśnił... Uśmiech na twarzy Camili cały czas się powiększał... A powodowały to nie tylko jej małe domowe osiągnięcia, ale też fakt, że Ashton oficjalnie zajął miejsce Harry'ego... Nawet nie wiecie, jak miło było patrzeć na tą rozradowaną dziewczynę... No, ale wróćmy do następnego etapu przygotowań... Kolejny dzień Camila poświęciła na przeszukiwaniu sklepów i szykowaniu prezentów... Na początku szło jej to opornie... Nie miała zielonego pojęcia, jaki podarunek usatysfakcjonuje każdego z jej bliskich... Jednak po dłuższym zastanowieniu i dokładniejszym przeanalizowaniu cech oraz zainteresowań wszystkich osób, głowę miała pełną od przeróżnych pomysłów... Ze znalezieniem idealnych prezentów w danych sklepach nie było aż tak wielkiego problemu... Dlatego dwudziestego grudnia Cam mogła odetchnąć z ulgą, gdyż dom lśnił, a podarunki były pięknie zapakowane i czekały na wręczenie w jej pokoju. Ten właśnie dzień przeznaczyła na wstępne spakowanie wyprawki do szpitala… To całkowita prawda… Camila cały czas w głowie miała pamiętny dzień, a raczej noc, w której złapały ją okropne bóle brzucha. Dużo czytała na temat przedwczesnych porodów… I mimo tego, że wiedziała, iż jej dziecko rozwija się prawidłowo, w głębi serca coś podpowiadało jej, że lepiej na tym wyjdzie, gdy będzie miała jakieś „zabezpieczenie”.  Kolejnego dnia z ogromną przyjemnością zabrała się za przygotowywanie świątecznych potraw. Dziewczyna całym sercem kochała święta... W tamtym roku nie miała możliwości prawdziwego świętowania... Po pierwsze, odeszła jej mama, po drugie, wyprowadziła się od taty, gdyż on zaczął pić i powoli staczał się na dno, po trzecie, miała premierę świątecznego spektaklu... Dlatego teraz te wszystkie przygotowania były dla niej czymś wspaniałym i przynoszącym ogromną radość.
Nastał dwudziesty trzeci grudnia… Camila wstała wcześnie rano i od razu powróciła do gotowania… Zatraciła się w tej czynności tak bardzo, iż nawet nie zwróciła uwagi, że spędziła w kuchni prawie cały dzień. Dopiero dzwonek do drzwi i jedno krótkie spojrzenie na zegarek, który wskazywał godzinę szesnastą, uświadomiły jej, że po wyjęciu z piekarnika ostatniego ciasta, wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Dziewczyna przypomniała sobie o dzwonku i z ogromnym podekscytowaniem poszła otworzyć… Tak jak się spodziewała, przed drzwiami ujrzała swojego kochanego ojczulka. Roześmiała się na jego widok, gdyż starszy mężczyzna ledwo radził sobie z trzymanymi w dłoniach siatkami i walizką. Odebrała od niego część „bagażu”, zaprowadziła go do pokoju gościnnego i dopiero tam mogli się przywitać tak, jak należało.
W powietrzu można było już wyczuć tę świąteczną atmosferę mimo tego, że choinka nie była jeszcze ubrana, a dom nie został przystrojony... Jednak zapach potraw unoszący się w powietrzu już rozsiewał swoją magiczną aurę... Dzień zaczął powoli dobiegać końca... Po długich, wyczerpujących rozmowach cioci, Cam i jej ojca, wszyscy postanowili udać się do swoich łóżek i wcześniej zacząć jutrzejszy dzień...

*Camila*
Otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno... Nie mogłam uwierzyć, że widok za oknem jest prawdziwy… Nikt, dosłownie nikt nie wierzył, że śnieg zdąży pojawić się przed wigilią, a tu... wszystko pokryte białą, puszystą kołderką. Wprawdzie dość małą, ale zawsze to coś... Uśmiech od razu zagościł na mojej twarzy. Miałam ochotę zacząć śpiewać, tańczyć, a nawet skakać... Dziś Wigilia!!! Niemalże wybiegłam ze swojego pokoju i wpadłam do gościnnego apartamentu, gdzie obecnie spał mój tata... Gdybym tylko mogła, to wskoczyłabym na łóżko, ale z wiadomych powodów tego nie zrobiłam... Jednakże usiadłam obok niego i zaczęłam delikatnie potrząsać jego ciałem.
- Tato! Budź się... Dziś Wigilia! Musimy jeszcze ubrać choinkę!!! - krzyczałam... Dosłownie piszczałam i miałam łzy w oczach... Ja wiem, że przeżywam to wszystko jak małe dziecko, ale... Nie dziwcie mi się... Naprawdę jeszcze kilka miesięcy temu nie sądziłam, że coś takiego będzie miało miejsce w moim życiu...
- Już wstaję... A mogę się chociaż przebrać czy...- zaczął, ale ja od razu mu przerwałam…
- Nie ma mowy!  Schodzimy na dół i zabieramy się za strojenie drzewka!!! Dopiero później zajmiesz się tak przyziemnymi sprawami jak ubieranie. – odburknęłam w jego stronę, choć tak naprawdę cały czas byłam przeszczęśliwa... Tata się zaśmiał, zrzucił z siebie kołdrę i z ogromną werwą wstał z łóżka. Zanim jednak zeszliśmy na dół, ojczulek ucałował mnie w czoło i oznajmił, że bardzo mnie kocha. Dopiero po tych czułościach delikatnie pociągnął mnie za rękę i szybkim krokiem ruszyliśmy do salonu, gdzie od wczorajszego wieczora stała już rozłożona choinka czekająca na ozdobienie... Wysunęliśmy wszystkie pudła z ozdobami na środek pokoju i zaczęło się... Wieszanie ogromnej ilości światełek oraz różnokolorowych bombek, układanie kępek waty imitującej śnieg, no i oczywiście złota gwiazda na samym czubku. Od dawna nie czułam się tak beztrosko i cudownie... Skończyliśmy jakieś półtorej godziny później, ale choinka była prześliczna... Przytuliłam mojego tatę i ucałowałam go w policzek, po czym oznajmiłam mu, że idę zrobić dla nas śniadanie... Oczywiście jakieś pięć minut później ojczulek do mnie dołączył. Nie wysilałam się jakoś z wymyślaniem wykwintnego dania... Usmażyłam dwa omlety na słodko i podałam do tego pomarańczowy sok. Podczas konsumowania posiłku cały czas się śmialiśmy i rozmawialiśmy. Wyobrażaliśmy sobie, jak byłoby fajnie, gdyby mama była tutaj z nami... Poruszaliśmy tylko te przyjemne tematy… Ogólnie miło mijał nam czas... Kiedy zjedliśmy i umyliśmy wspólnie naczynia, było już po jedenastej. Kolacja wigilijna ma być o godzinie siedemnastej... Czyli zostało jeszcze lub tylko sześć godzin... W tym czasie mam do zrobienia dwie rzeczy: nakryć do stołu i przygotować się, gdyż mój tata obiecał, że zajmie się ostatnimi sprawami dotyczącymi gotowania... A to z kolei oznacza, że mam jakieś cztery i pół godziny dla siebie... W takim razie.. Najpierw zadzwonię do Ashton'a, a później zajmę się ostatnimi rozdziałami następnego poradnika... Jak dobrze pójdzie, to już dziś go skończę... Powędrowałam na górę i zrobiłam tak jak mówiłam.

4 godz później...

Skończyłam! Po przeczytaniu pięciu różnych poradników i książek znam całą teorię! Mam nadzieję, że chociaż część tych wiadomości wykorzystam w praktyce za kilka miesięcy... To się okaże, a teraz muszę biec na dół i nakryć do stołu. W ekspresowym, ale możliwym dla mnie tempie, pokonałam schody i znalazłam się w kuchni. Wyliczając, wyjmowałam potrzebne naczynia i sztućce... Ja, tata, ciocia, Ashton i jego rodzice, czyli potrzebuję sześciu nakryć... Zaniosłam wszystko do salonu i zaczęłam ustawiać na stole przykrytym śnieżnobiałym obrusem... Nakrywanie do stołu miałam jakby to powiedzieć we krwi, więc nie musiałam zaprzątać głowy myślami i pytaniami typu "Po której stronie znajduje się widelec czy łyżka?". Znam, a raczej znałam parę osób, które miały z tym problem w moim wieku. No, ale to mało istotne… W zamian za to moja głowa zaczęła produkować inne myśli... Jakie? A na przykład takie, że powoli ogarnia mnie stres i niepokój...  Dlaczego?? Po pierwsze, dopiero dziś poznam tatę Ashton'a... Po drugie, właśnie na kolacji wigilijnej nasi ojcowie dowiedzą się o naszych zaręczynach...Boję się, że to wszystko mnie przerośnie... Obawiam się, że skoro mama Ashton'a mnie polubiła, to z jego ojcem nie pójdzie tak łatwo... To byłoby zbyt piękne, żeby było prawdziwe... Mam tylko nadzieję, że pan Montgomery nie oceni mnie z góry po moim... obecnie nietypowym wyglądzie... Zobaczymy... Wszystko okaże się już niedługo...
Tak jak myślałam, nim się obejrzałam, stół był nakryty, dzięki czemu mogłam wrócić do swojego pokoju i wreszcie zacząć się szykować... Wyjęłam z szafy moją ostatnio zakupioną sukienkę, po czym powiesiłam ją na krześle. Następnie wydobyłam z torebki wszystkie potrzebne kosmetyki i położyłam je na stoliku... Kiedy te rzeczy miałam już gotowe, pobiegłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic i umyłam włosy. Do pokoju wróciłam w puchowym szlafroku, który był coraz bardziej opięty na moim krągłym brzuszku... Czasami, przeglądając się w lustrze. wspominam jak w wieku piętnastu czy szesnastu lat krępowałam się na samą myśl, że w przyszłości będę w ciąży. Robiło mi się niedobrze, kiedy wyobrażałam sobie siebie z brzuchem... Twierdziłam, że o ile kiedykolwiek zajdę w ciążę, nie będę wychodzić z domu, aby tylko nikt mnie nie widział... Teraz patrzę na to całkiem inaczej... Jestem prawie pewna, że wyglądam uroczo z tym, hmm, "uwypukleniem"... Z resztą wiele najbliższych mi osób twierdzi, że ciąża mi służy, więc... Coś musi w tym być... No dobrze, ale my tu „gadu-gadu”, czas mija, a ja nawet nie zabrałam się za suszenie włosów... W tym samym momencie podłączyłam suszarkę do gniazdka i już po chwili strumień ciepłego powietrza owiewał moje włosy. Postanowiłam nie robić z nimi nic specjalnego. Po dokładnym rozczesaniu delikatnie podkręciły mi się końcówki, ale akurat tym razem to mi nie przeszkadzało. Kiedy moja „fryzura” była gotowa, zabrałam się za makijaż. Nałożyłam na twarz małą warstwę podkładu… Wprawdzie nadal uważam, że naturalny wygląd to podstawa i nienawidzę używać tego kosmetyku, ale ostatnie dni były dla mnie bardzo wyczerpujące i moja cera delikatnie na tym ucierpiała. Następnie zakryłam moje ciemne worki pod oczami korektorem i zrobiłam pełny makijaż oka, to jest: cienie na górną powiekę, idealne kreski i wytuszowane rzęsy. Nie trudziłam się z różami czy bronzerami, więc zostały mi tylko usta. Pomalowałam je moją ulubioną pomadką w kolorze pudrowego różu. Makijaż został wykonany. Zerknęłam na zegarek. Wskazówki były ustawione na godzinie szesnastej piętnaście. Włożyłam sukienkę, wsunęłam stopy w wygodne baleriny i zeszłam na dół. Teraz nie pozostało nic innego, jak czekać na państwa Montgomery, gdyż ciocia wróciła jakąś godzinę temu… Nie miałam gdzie się podziać, dlatego odsunęłam jedno krzesełko od stołu i usiadłam przy choince. Wpatrując się w blask światełek i wsłuchując się w nucone przez ciocię melodie najpiękniejszych kolęd, zaczęłam wspominać… W mojej głowie przelatywały przeróżne obrazy jak kadry z jakiegoś filmu: mała dziewczynka siedząca pod ustrojonym drzewkiem czeka na prezenty, mała dziewczynka stojąca przed oknem wypatruje pierwszej gwiazdki, mała dziewczynka ze świecącymi oczkami ogląda z zachwytem prezenty, które otrzymała od swoich rodziców… I tak dalej, i tak dalej… Mam nadzieję, że moje maleństwo również będzie miało takie cudowne wspomnienia… Już ja się o to postaram… To znaczy… Ja i Ashton się o to postaramy… W końcu będziemy jedną, kochającą się rodziną… Ta wizja sprawiła, że rozmarzyłam się jeszcze bardziej… Nie usłyszałam nawet dzwonka do drzwi, jednak w momencie gdy usłyszałam głos mojego narzeczonego, ocknęłam się i niepewnym krokiem dołączyłam do moich najbliższych…
- Dobry wieczór… - przywitałam się cicho z przybyłymi gośćmi… Ashton jakby od razu zauważył, że się denerwuję, dlatego posłał mi promienny i pokrzepiający uśmiech… On jest taki kochany…
- Witaj Camilo… Wprawdzie widzimy się po raz pierwszy, ale mam wrażenie, że znam cię od bardzo dawna… Alice i Ashton bez przerwy o tobie mówią, oczywiście w samych superlatywach… - tata mojego narzeczonego uśmiechnął się w taki sam sposób, jak jego syn i już wiedziałam, że nie mam się czego obawiać… Żadnych mrożących krew w żyłach spojrzeń, żadnych dystyngowanych gestów… To jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe!!! Czułam się tak, jakbym zrzuciła z siebie jakiś ogromny ciężar… Cały strach i stres nagle zniknęły… Co więcej, odważyłam się nawet zaproponować, żebyśmy przeszli do salonu. Po wymienieniu jeszcze kilku opinii na jakiś błahy temat stwierdziliśmy, że już najwyższy czas rozpocząć uroczystą kolację wigilijną… Mój tata rozdał wszystkim opłatek leżący na białym talerzyku i każdy z obecnych zaczął składać życzenia osobie stojącej najbliżej… W moim przypadku nie był to nikt inny tylko Ashton. Chłopak spojrzał mi prosto w oczy, wziął moją rękę w swoją dłoń i po dłuższej chwili namysłu zaczął mówić…
- Kochanie… Nie życzę ci zdrowia, bo już je masz, nie życzę ci również pieniędzy, bo też już je posiadasz… Za chwilę możesz stwierdzić, że albo zgłupiałem, albo jestem strasznym egoistą, składając ci właśnie takie życzenia, ale żadna z tych opinii nie jest prawdziwa… Musisz tylko się w nie zagłębić… No więc… Tak naprawdę to chciałbym ci przede wszystkim życzyć, aby każdy kolejny dzień napawał cię optymizmem i radością, ponieważ kiedy ty jesteś szczęśliwa, to i mi nic nie brakuje… Życzę ci również tego, abyś nigdy nie przestała mnie kochać, bo ja już mogę cię zapewnić, że moje uczucie do ciebie nigdy nie wygaśnie… - nie byłam do końca pewna, czy to był koniec jego życzeń, czy tylko krótka przerwa na pozbieranie myśli, a mimo wszystko nie powstrzymałam się i złączyłam nasze usta w krótkim pocałunku… No i przyszedł czas na moje życzenia… Zawsze ten element Wigilii był dla mnie najbardziej stresujący i przerażający… W dzieciństwie wiadomo, jeżeli już się składało jakieś życzenia, to nawet jeśli się palnęło jakąś głupotę, to w starszych wzbudzało to tylko rozbawienie czy rozczulanie, jednak z każdym rokiem było gorzej… Wymyślanie oryginalnych życzeń dla całej rodziny jest czymś makabrycznie trudnym, ale klepanie tej samej formułki do każdej osoby też nie było czymś miłym i odpowiednim, więc jakoś udawało się sklecić kilka sensownych słów… Teraz natomiast słowa same cisnęły mi się na usta… I to było dziwne, lecz dość przyjemne zjawisko…


- Ash… nigdy nie pomyślałabym, że tak to wszystko się potoczy… A jednak los ma dla nas różne ciekawe niespodzianki, za co jestem mu bardzo wdzięczna… Czego ja mogłabym ci życzyć? Masz kochających rodziców, masz kochającą narzeczoną! Tak naprawdę niczego ci do szczęścia nie potrzeba… A jednak… Życzę ci, żeby twój optymizm nigdy nie zniknął, bo tylko dzięki niemu ja mam ochotę do życia. Życzę ci kochanie, abyś bez względu na wszystko spełniał swoje marzenia, nie zapominając oczywiście o mnie i naszym maleństwu… Wtedy wszystko będzie idealne… - nasze usta znów złączyły się w pocałunku, tym razem bardziej namiętnym. Niestety (dla nas) po chwili musieliśmy się rozstać i rzucić w wir dalszych życzeń… Udało mi się złożyć sensowne życzenia wszystkim gościom, z czego przeogromnie się cieszyłam. No sami przyznajcie, że był to nie lada wyczyn… Tym bardziej w przypadku dziś poznanego ojca Aston’a, a mimo wszystko dałam radę… Z ogromną satysfakcją usiadłam obok Ashton’a przy stole. Po chwili wszyscy już zajmowali swoje miejsca, zajadali się przygotowanymi głównie przeze mnie różnymi potrawami i rozmawiali w najlepsze o wszystkim i o niczym… Co jakiś czas Ashton spoglądał na mnie i posyłał mi tak promienny uśmiech, że aż miękły mi kolana… Cały czas w uszach dźwięczą mi jego życzenia… Były tak szczere… i mądre… i przepełnione miłością… Mój ukochany Ashton… Mój i tylko mój… Niepewnie położyłam swoją dłoń na palcach Ashton’a i również obdarzyłam go najszczerszym uśmiechem, na jaki było mnie stać… Patrzyłam na niego ze łzami szczęścia w oczach… Wszyscy dookoła zniknęli… Głosy rozmów teraz były dla mnie niewyraźnymi szeptami… Liczyliśmy się tylko my… W końcu oboje stwierdziliśmy, że nadeszła już ta wiekopomna chwila… Wraz z Ashton’em wstaliśmy ze swoich krzeseł i oficjalnie przed wszystkimi ogłosiliśmy nasze zaręczyny. Na początku na twarzach mojego taty i ojca Ashton’a widniało zaskoczenie i lekka dekoncentracja, przez co trochę się przeraziłam… Na szczęście już po chwili obaj panowie zaczęli się szczerze uśmiechać i nam gratulować… Odetchnęliśmy z ulgą i zaczęliśmy po raz kolejny wysłuchiwać różnych ślubnych i weselnych koncepcji czy planów. Pół godziny później to państwo Montgomery wstali od stołu, dziękując za wszystko i oznajmili, że będą się zbierać. Miłe pożegnania, uściski i tego typu ceregiele… Nagle ni z tego ni z owego Ashton wtrącił zaproszenie na organizowane przez niego przyjęcie urodzinowe dla mnie… Wszystko to potrwało kolejne dziesięć lub piętnaście minut. O sprzątaniu i zmywaniu nie wspomnę… W momencie kiedy przywróciliśmy salon i kuchnię do ich codziennego wystroju, była za pięć jedenasta… Jednak spać poszłam po dwunastej, gdyż musiałam się przebrać, zmyć makijaż, pościelić łóżko i tak jakoś to wszystko zeszło… Mimo tego nie odczuwałam zmęczenia… Wręcz przeciwnie… Emanowała ode mnie radość i podekscytowanie jutrzejszym dniem… 

**************************************************
Ze względu na problemy techniczne autorka nie mogła osobiście wstawić tego rozdziału, dlatego też nie będzie typowej notki. Mamy nadzieję, że wszelkie komplikacje ulegną neutralizacji w najbliższym czasie. ~ Eragona aa

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział trzydziesty drugi

*Harry* KLIK!

Mam dość! Mam szczerze dość tego wszystkiego, co dzieje się obecnie wokół mnie! Caroline jest wprost nie do wytrzymania... Kiedy już, wbrew własnej woli, podjąłem ostateczną decyzję, myślałem, że będę miał coś do powiedzenia… Niestety w tej kwestii również się myliłem…
Chciałem, żeby nasz ślub był cichy i skromny... No właśnie, chciałem.... Caroline natomiast postawiła mnie przed faktem dokonanym. Któregoś dnia przed moim nosem pojawiła się lista gości, która liczyła coś koło stu pięćdziesięciu osób... Okej to jakoś przebolałem… Ale to był dopiero początek... Wybieranie między takimi durnotami, jak bukiet kwiatów w kolorze pudrowego różu czy kremowego to również błahostka... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Car każdy najmniejszy szczegół uważa za wielki problem i oczywiście pyta mnie o zdanie, ale i tak decyduje później sama, nie zwracając uwagi na żadne moje sugestie… Chłopcy nie mówią nic... Po prostu ją znają... Wiedzą, że jakbym się sprzeciwił, to koniec z moją karierą w zespole... A to równałoby się z rozpadem zespołu... Gdyby chodziło tylko o mnie, sprzeciwiłbym się od razu, ale... Nie mogę zrobić tego reszcie ani fanom... I tym o to sposobem skazuję siebie na dożywotnie cierpienie u boku dziewczyny, której wprost nienawidzę... A wszystko mogło być tak pięknie... Czasami nawet sobie wyobrażam, że są to przygotowania do mojego ślubu z Cam, że każdą decyzję podejmujemy wspólnie, że razem wypisujemy zaproszenia według wcześniej ustalonej listy, że nie przejmujemy się takimi bzdetami, jak odcienie danego koloru, ale kiedy tylko dociera do mnie brutalna rzeczywistość, jest jeszcze gorzej... Dlaczego? Bo myśli, że to Camila stanie ze mną na ślubnym kobiercu sprawiają, że wszystko widzę w jasnych barwach, ale w momencie kiedy uświadamiam sobie, że tak naprawdę mam wziąć ślub z Caroline, moje serce kruszy się na coraz mniejsze kawałki...
- Och tu jesteś kochanie... - usłyszałem głos Carol i aż się wzdrygnąłem... - Chciałam cię tylko poinformować, że jadę z Nancy na przymiarkę sukni ślubnej...
Nie odpowiedziałem ani słowem, nawet się nie odwróciłem... Niech sobie jedzie, gdziekolwiek tylko chce i na ile chce... Naprawdę mało mnie to obchodzi… Ja chcę tylko, żeby mnie zostawiła w spokoju i pozwoliła zatopić się w marzeniach oraz  rozmyślaniach o mojej Cami... Po chwili usłyszałem ciche trzaśnięcie drzwiami... Zamknąłem oczy i znów ujrzałem malutką, uśmiechniętą dziewczynę, która jest teraz gdzieś, nawet nie wiem gdzie… Pewnie układa sobie życie z facetem, który doceni, że ma przy sobie taki skarb… Oby się jej powiodło… Tego jej życzę z całego serca…


*Camila*
- Harry zapewniam cię, że możesz wziąć ją na ręce... - zerknęłam w jego stronę i znów ujrzałam, jak się stresuje i niepokoi...
- Ale ona jest taka malutka i kruchutka... Nie chcę jej skrzywdzić... - mimo tego podszedł w naszą stronę i położył swoją dłoń na moim ramieniu... 
- Harry, nic jej się nie stanie... - po raz kolejny spróbowałam... I tym razem podziałało... Nie do końca, ale jednak... Styles pochylił się i dotknął maluteńkiej piąstki naszej córeczki. Maleństwo otworzyło oczka i uśmiechnęło się. W tej samej chwili moje oczy wypełniły się łzami wzruszenia... 
- Cami... - usłyszałam rozradowany szept mojego ukochanego... 
- Cami... Cami przepraszam, że budzę cię tak wcześnie, ale informuję tylko, że wychodzę do pracy... Jakbyś się źle poczuła to dzwoń albo informuj Ashton'a... - słowa cioci wybudziły mnie z tego cudownego snu... Niechętnie otworzyłam oczy, ale jej już nie było... Świetnie! Przewróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy z nadzieją, że w jakiś sposób wrócę do moich sennych marzeń... Niestety... Rozbudziłam się na dobre... Zerknęłam na zegarek. Wyświetlał godzinę 6.34. Wspaniale... Wprost idealna pora... Gwałtownie odrzuciłam kołdrę i wstałam z łóżka. Oczywiście za chwilę tego pożałowałam, gdyż moje ciało owiało przeraźliwie zimne powietrze... Miałam wrażenie, że za chwilę zacznę płakać, a nawet wrzeszczeć... Nie minęły nawet cztery minuty tego dnia, a ja już miałam dość... Głównie dlatego, że rzeczywistość ze snu była o niebo lepsza od tej, która obecnie mnie otacza... Wiem, że nie powinnam tak myśleć... Wiem, że i tak mam dobrze, bo mieszkam w willi, od wczoraj mam kochającego narzeczonego, a za kilka miesięcy zostanę matką, jednak... ja jestem na tyle dziwna, żeby na to wszystko narzekać i oczekiwać rzeczy niemożliwych...  Burze hormonów, wahania nastrojów - to wszystko jest normalne, tylko czy ja nie za dużo podciągam pod ten stan? Zirytowana podeszłam do szafki i wyjęłam z niej szare spodnie od dresu oraz najszerszy sweter jaki tylko posiadałam... Nie zależało mi na ładnym wyglądzie... Ogólnie w tym momencie nie zależało mi na niczym... Nie miałam ochoty na nic... Tak... To się właśnie nazywa chandra gigant... Poszłam do łazienki, umyłam twarz w celu jakiegoś otrzeźwienia (nie pomogło) i w końcu się przebrałam... Zajęło mi to maksymalnie dziesięć minut, po czym wyszłam i postanowiłam zejść do kuchni... Wprawdzie nie byłam głodna (a to ostatnio nie zdarzało się w ogóle), ale musiałam wziąć te witaminy... Powszechnie wiadomo, że branie jakichkolwiek lekarstw na czczo nie jest
czymś odpowiednim, dlatego wmusiłam w siebie dwie kanapki i ponownie udałam się do własnego pokoju... Jeżeli zastanawiacie się, czy mój humor uległ jakiejkolwiek poprawie, moja odpowiedź brzmi nie! I jak na razie nie zapowiada się na coś takiego. Na szczęście mój zdrowy rozsądek zaczął się budzić i informować, że negatywne emocje źle wpływają na dziecko, dlatego zaczęłam się trochę uspokajać. Wzięłam wczoraj zakupiony poradnik z mojej półki, usiadłam na szerokim parapecie i zaczęłam czytać...

***

- A ty znowu w tych książkach?? - z czytelniczego transu wyrwał mnie głos Ashton'a. Muszę
przyznać, że gdy tylko go usłyszałam, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Byłam świadoma, że moja monotonia i nuda się skończyły...
- Ta bezbarwna codzienność jest tak przytłaczająca, że tylko w książkach odnajduję wewnętrzne spełnienie... - odparłam i zachichotałam cicho. Ashton podszedł i usiadł obok mnie na parapecie...
- Dlaczego wcześniej nie zadzwoniłaś? Myślałem, że jeszcze śpisz, więc nie chciałem ci zakłócać spokoju... - odparł i ucałował mnie w czoło... On jest taki kochany... Nie mam pojęcia dlaczego w głębi moich myśli wciąż krąży Harry, skoro wczoraj było już tak cudownie… Co jest ze mną nie tak? Mam nadzieję, że to tylko i wyłącznie przez ten sen…   
- Stwierdziłam, że spędzanie czasu ze mną również mogło się zrobić dla ciebie monotonne więc... - nie dane mi było dokończyć, gdyż Ashton uciszył mnie w dość nietypowy sposób... Ale jakże przyjemny... Owszem mało wygodnym było to, że klamka okna wbijała mi się w plecy, ale przyjemność z pocałunku rekompensowała wszystkie niedogodności... Kiedy wreszcie mogłam zaczerpnąć świeżego powietrze, Ashton spojrzał na mnie lekko surowym wzrokiem i powiedział:
- Nigdy więcej tak nie mów. Dobrze wiesz, że spędzanie czasu bez ciebie jest dla mnie czymś monotonnym i nudnym... - jego głos był tak śmiertelnie poważny, że sama od razu spoważniałam... Na szczęście po chwili jego humor powrócił do pierwotnego stanu... 
- Przyszedłem do ciebie, bo mamy parę kwestii do omówienia... Ale nie wyciągaj pochopnych wniosków... Nawet jakbyśmy nie mieli tych kwestii do omówienia, to też bym przyszedł, bo bardzo
się za tobą stęskniłem... - od razu większy uśmiech zagościł na mojej twarzy...
- No, uratowałeś swoją sytuację, bo już balansowałeś na krawędzi... - odparłam i zaśmiałam się... Zanim jednak zaczęliśmy konwersację, postanowiliśmy się przenieść na łóżko gdyż tam było po prostu wygodniej...
- Zamieniam się w słuch. - powiedziałam, kiedy już się ulokowałam w najdogodniejszy sposób. Moje całe ciało spoczywało na łóżku, natomiast głowę ułożyłam na kolanach Ashtona... Jednak najcudowniejsze w tym wszystkim było to, że Ashton miał wspaniały dostęp do moich włosów, którymi od razu zaczął się bawić.
- No więc tak myślę, że zaczniemy od rzeczy nie najbliższych, a najbardziej istotnych czyli... - tu odchrząknął... - prawdopodobna data naszego ślubu i pierwszy zarys całego wydarzenia...
Oczywiście na jego słowa - delikatnie mówiąc – zmartwiałam. Miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się za szybko... Okej, zaręczyliśmy się, ale to było dopiero wczoraj! Niektóre pary biorą ślub dopiero po kilku latach… Nie mówię wcale, że tak miałoby być w naszym przypadku, jednak… Potrzebowałam chwili na oswojenie się z tą myślą… Na przetrawienie tego wszystkiego... Owszem, ja też lubię mieć wszystko zaplanowane wcześniej, ale... Uważałam, że Ashton da mi chociaż tydzień, żeby poukładać myśli i fakty w mojej głowie… No, ale nic... Skoro już wyraził chęć takiej, a nie innej rozmowy, to muszę się jakby dostosować, więc... Zaczęłam się zastanawiać i analizować… Najodpowiedniejsza data na nasz ślub... Hmmm… Na pewno odbędzie się po narodzinach maleństwa, czyli już mamy cztery miesiące... Doliczyć do tego jakieś dwa miesiące na przygotowania, to wychodzi...
- Koniec maja, początek czerwca, jak na razie nic konkretniejszego ode mnie nie uzyskasz - odparłam
i uśmiechnęłam się lekko. Nie byłam jeszcze w stanie mówić o tym wszystkim z taką swobodą i radością jak on... Ashton spojrzał na mnie i z ogromnym uśmiechem skinął głową jako potwierdzenie mojej propozycji...
- Cudownie... Nie za ciepło, nie za zimno... Maleństwo już będzie z nami dwa miesiące... To mi wystarczy... Nad konkretną datą mamy jeszcze czas się zastanowić... A teraz chciałbym, żebyś posłuchała, jak ja to sobie wyobrażam... Proszę, żebyś wysłuchała do końca. Później z chęcią wysłucham wszystkich uwag.. - wziął głęboki oddech, a ja patrzyłam w jego rozanielone oczy...Jego cała twarz wyrażała taki entuzjazm, że samemu miało się ochotę od razu rozpocząć prace... - No więc... Długo się zastanawiałem i brałem pod uwagę fakt, że każda dziewczyna marzy o hucznym weselu jednak... stwierdziłem, że to nie dla nas... Pomyślałem o takim cichym ślubie w małym kościółku i skromnym przyjęciu... Oczywiście ty byłabyś ubrana w piękną białą suknię... Zaprosilibyśmy moich rodziców, twoją ciocię, twojego ojca, Natalie, Mandy i... Luke'a, którego jeszcze nie miała okazji poznać... - Z uwagą słuchałam jego wypowiedzi, a w moim sercu powoli gromadziły się uczucia zawodu i gniewu... Nie tak sobie wyobrażałam moje wesele! W moich myślach wyglądało to całkiem inaczej! Miało być kolorowo, głośno, HUCZNIE!!! Tak jak sam powiedział... Na szczęście ugryzłam się w język i nie odezwałam się pochopnie, gdyż z każdą chwilą zaczynałam się opanowywać... Rzeczywiście takie wesele planowałam, kiedy byłam jeszcze z... Harrym i nie byłam w ciąży... Teraz skromne przyjęcie wydawało się idealnym pomysłem... - No i co ty na to? – spytał niepewnie.
- Uważam, że jest to genialny pomysł... Owszem, huczne wesele nie byłoby najlepszym pomysłem... Co miałabym zrobić z dwumiesięcznym maleństwem? - stłumiłam w sobie ostatnie oznaki buntu i spróbowałam wyrazić takie samo zaangażowanie... Nie wyszło mi to wspaniale, ale jakiś tam okruch aktorstwa we mnie został...
- No to skoro temat ślubu mamy za sobą, proponuję zająć się bliższymi datami... – wyraźnie odetchnął z ulgą - Otóż... dzisiaj mamy piętnasty grudnia... Do Wigilii zostało dziewięć dni, a do
twoich urodzin zostało ich dziesięć... To, co mogę ci powiedzieć o dwudziestym piątym grudnia, to tylko tyle, że wszystko odbywa się w moim mieszkaniu, nic więcej ze mnie nie wyciągniesz, a jeżeli chodzi o Wigilię, to chciałbym dowiedzieć się czegoś od ciebie...- Fakt, że Ashton ma coś zaplanowanego na moje urodziny to dla mnie ogromna niespodzianka, o której do tej pory nie miałam pojęcia. Jednak wiem, że szkoda mojego czasu na dopytywanie, gdyż i tak niczego się nie dowiem. Dlatego też od razu zaczęłam przekazywać mój, wcześniej ustalony z ciocią, plan na Wigilię.
- No więc tak... – po tych słowach zaczęłam się rozwodzić na temat gości, potraw i innych podobnych rzeczy.
Ogólnie jestem bardzo szczęśliwa, bo mam świadomość, że w przeciwieństwie do tamtego roku, czeka mnie prawdziwa, rodzinna wigilia... Wszak nie pojawią się na niej wszystkie osoby, które chciałabym mieć przy sobie i mam tu na myśli Mandy oraz Natalie... Niestety (dla mnie oczywiście) dziewczyny zostają w Londynie i spędzają Wigilię ze swoimi rodzinami i chłopakami... Jednakże mam świadomość tego, iż siedzenie przy jednym stole z moim tatą, ciocią, z moim narzeczonym i jego rodzicami będzie dla mnie czymś całkiem nowym i w głębi serca czuję, że ten dzień będzie najlepszy w całym moim życiu.
Rozmawialiśmy tak jeszcze długo. Nawet kiedy zeszliśmy na dół i zaczęliśmy razem przygotowywać obiad, to nasze usta nadal się nie zamykały. Doszło do tego, że kiedy nakrywaliśmy do stołu, mieliśmy już ustalone wszystkie szczegóły, jeżeli chodzi o ślub i przyjęcie... Nie wiem jakby to się dalej potoczyło... Możliwe, że jeszcze kilka minut i wybralibyśmy imię dla "naszego" maleństwa... Na szczęście ciocia wróciła z pracy i poprosiła Ashton'a, aby ten zaprosił swoją mamę do nas na obiad... Po minimalnym szoku, chłopak wykonał polecenie ciotki. Niecałe dziesięć minut później na stole znalazło się dodatkowe nakrycie, a także przybył sam gość. W tym czasie również udało mi się przebrać i umalować dzięki czemu zaczęłam wyglądać jak cywilizowany człowiek. Skonsumowaliśmy przygotowane przez nas danie wśród niekończących się pochwał i wymianie zdań na przeróżne tematy... W końcu po długim wzrokowym komunikowaniu się z Ashton'em, oboje wstaliśmy i ogłosiliśmy cudowną nowinę... Obydwie panie były… zachwycone. O żadnym zaskoczeniu czy niedowierzaniu nie było mowy... Dopiero teraz tak naprawdę rozmowa się ożywiła... Moja najdroższa ciocia i pani Montgomery nie patrząc na nas, zaczęły planować ślub i wesele... Z racji tego, że zostaliśmy w pewien sposób usunięci z rozmowy, zabraliśmy się za sprzątanie naczyń. Przez cały ten czas ledwo powstrzymywaliśmy się od wybuchnięcia śmiechem... Kiedy już znaleźliśmy się w kuchni, daliśmy upust naszym emocjom... Niemalże płakaliśmy ze śmiechu i cytowaliśmy ich najlepsze pomysły... W momencie gdy skończyłam załadowywać zmywarkę, poczułam na swoich biodrach dłonie Ashton'a...
- Chyba ci jeszcze dziś nie mówiłem. że cię kocham... - wyszeptał mi do ucha, a na mojej twarzy od razu pojawił się rumieniec... Te miłe słowa i ciepły oddech na mojej szyi... Od razu człowiek zapomina o całym świecie...
- No chyba nie mówiłeś - odparłam równie cicho i odwróciłam się do niego twarzą w twarz... Od razu jego ogromne dłonie pojawiły się na moich policzkach, a jego usta na moich wargach... Ashton objął
mnie swoimi silnymi ramionami, a ja wplotłam palce w jego miękkie włosy i tak trwaliśmy przez najbliższe kilka minut... I gdyby nie fakt, że musieliśmy w końcu zaczerpnąć powietrza pewnie nasz pocałunek nadal by trwał...
- Kocham cię Cami i to bardzo... - powiedział głosem o ton głośniejszym od szeptu, patrząc mi prosto w oczy...
- Ja też cię kocham... - odparłam.
- Nie mów też... - jego mina wyrażała jakiś dziwny rodzaj bólu. Bardzo się zdziwiłam, gdyż nie wiedziałam o co chodzi... Postanowiłam od razu zapytać... Przecież "kto pyta nie błądzi".
- Dlaczego?
- Bo to brzmi jak przytaknięcie... - kiedy usłyszałam jego wytłumaczenie, uśmiechnęłam się z delikatnym politowaniem, pogłaskałam Ashton'a po prawym policzku i w końcu z głębi mojego serca wypłynęło tych kilka słów...
- Kocham cię Ash... I nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że cię mam... Odmieniłeś moje życie... A oprócz tego chcesz być ojcem mojego dziecka... Nikt nie byłby w stanie zrobić tego samego, co ty... Nigdy ci się za to w pełni nie odwdzięczę - odparłam ze łzami w oczach...
- Wprawdzie nikt tu nie mówił o jakimś odwdzięczaniu się, ale jeżeli już zeszliśmy na ten temat, to... Nie jesteś nawet świadoma, że już to zrobiłaś... Przywróciłaś moje dawne „ja”, sprawiłaś, że znów potrafię kochać, potrafię się śmiać… A co najważniejsze... zgodziłaś się zostać moją żoną. - po tych słowach Ashton ponownie złączył nasze usta w namiętnym pocałunku.
Po tych wyznaniach postanowiliśmy wrócić do salonu. Debata na temat ślubu się skończyła, ale
kobiety zdążyły już zacząć rozmowę na nowy temat, a mianowicie przyjście na świat mojego maleństwa... Owszem, cztery miesiące w porównaniu do dziewięciu to rzeczywiście mało, ale jakby nie patrzeć, to jeszcze jakieś szesnaście tygodni... Pora je w jakiś sposób rozdzielić, bo zaraz zaczną szukać idealnej szkoły dla mojego dziecka czy czegoś podobnego... Na szczęście po dziesięciu minutach pani Montgomery sama stwierdziła, że powinna się już zbierać... Pożegnania, uściski... Jakbyśmy mieszkały na dwóch różnych półkulach, a nie były sąsiadkami... Dopiero koło godziny 19.30 znalazłam się w swoim pokoju... Wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam włosy, przebrałam się w piżamy i weszłam pod ciepłą kołdrę... Zamknęłam oczy, ale nie mogłam zasnąć... Przez moją głowę cały czas przelatywały jakieś myśli czy słowa z dzisiejszego dnia... I nagle uświadomiłam sobie, że podczas dzisiejszego dnia nie pomyślałam w ogóle Harrym… To znaczy wyłączając ten cały sen… Wreszcie dotarło do mnie, że mądrość, która brzmi „czas leczy rany” jednak jest prawdziwa… Owszem, może być tak, że… Nie! Właśnie, że nie! W tym momencie wyrzucam z mojej głowy i serca szanownego Styles’a i wszystkie wspomnienia z nim związane... Dokładnie tak samo, jak on zrobił to ze mną... Skoro on układa sobie życie z tą swoją ukochaną i już zapomniał o kimś takim, jak Camila, którą jeszcze kilka miesięcy temu kochał najbardziej na świecie, to ja również mogę się zdobyć na coś takiego!

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział trzydziesty pierwszy

* Cami * NASTRÓJ

Ponownie się obudziłam… Na szczęście tym razem przez okno wpadało kilka promieni
słonecznych, co wskazywało na to, że nowy dzień już się rozpoczął. 
Chwilkę po otworzeniu oczu poczułam jakiś ciężar na swoim ramieniu. Delikatnie odwróciłam głowę i ujrzałam śpiącego Ashton'a. Z jednej strony ogromne zaskoczenie, a z drugiej szeroki uśmiech formujący się na mojej twarzy świadczył o moim lekkim zdezorientowaniu…
Wspomnienia z dzisiejszej nocy zaczęły powoli powracać... Bóle brzucha, przybycie Ashton'a i… nietypowe oświadczyny... Jedna noc, a tak wiele się wydarzyło... Czasami mam wrażenie, że chciałabym wrócić do czasów, kiedy miałam całkowicie nudne życie z normalną pracą, bez żadnych miłości… Ale wtedy uświadamiam sobie, że nie spotkałoby mnie tyle wspaniałych rzeczy… Może pogodziłabym się z tatą, ale nie poznałabym Ashton’a… Przyznajcie sami, że to byłoby wielką stratą… I dlatego ostatnio zaczęłam wychodzić z założenia, że nic nie dzieje się przypadkowo… Owszem, cały ten bałagan z Harrym można byłoby pominąć, ale wtedy nie zaszłabym w ciążę… A w tym momencie fakt, że już niedługo zostanę mamą, jest czymś najwspanialszym, więc… Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… No, ale ja tu tak sobie rozmyślam, a czas biegnie. Pasowałoby wstać, ogarnąć się i zrobić jakieś śniadanie...
Spróbowałam delikatnie zsunąć głowę chłopaka na jedną z miękkich poduszek, co udało mi się perfekcyjnie. Następnie podniosłam się do pozycji siedzącej, modląc się, aby żadna sprężyna w moim łóżku nie zatrzeszczała… Już miałam powiedzieć, że szczęście mi sprzyjało, ale w momencie, kiedy wstałam, zaskrzypiała podłoga i cały mój misterny plan nie budzenia Ashton'a poszedł w niepamięć. Chłopak otworzył oczy i od razu spojrzał na mnie zaspanym spojrzeniem… Jego brązowe, lekko zamglone tęczówki tak mnie rozczuliły, że nie byłam w stanie nawet powiedzieć zwykłego "dzień dobry". Za to Ashton nie miał z tym żadnych trudności, dlatego przywitał się i od razu zadał pytanie, którego nie chciałam jak na razie usłyszeć...
- Nie żebym naciskał, ale... Czy podjęłaś już jakąś decyzję?
Westchnęłam głęboko i ponownie zajęłam miejsce na łóżku. Nie mam nawet pojęcia kiedy dłoń Ashton’a znalazła się na mojej, ale przyznam szczerze, dodało mi to jakiejś otuchy… Ogólnie rzecz biorąc, nie poznałam jeszcze konkretnej odpowiedzi... Wprawdzie zanim zasnęłam, analizowałam wszystkie za i przeciw, ale po przespaniu się z tym, nagle argumenty w jakiś sposób się pomnożyły, a na ich przemyślenie jeszcze nie miałam czasu... Splotłam nasze palce i zaczęłam mówić…
- Ja... hmm... Jeszcze nie jestem do końca pewna, ale... Uważam, że osoba taka jak ja nie jest idealną kandydatką na żonę... - zauważyłam, że Ashton już chciał zaprotestować, ale poprosiłam go o to, żeby mi nie przerywał i kontynuowałam - Po prostu jesteś za młody na zostanie ojcem... Całe życie przed tobą i na pewno znajdziesz sobie kogoś sto razy lepszego ode mnie... Dziewczynę, która nie będzie po takich przejściach jak ja, bez dziecka pod sercem… - wypowiadałam zdania bardzo spokojnie, choć wewnątrz mnie szalały różne emocje...
- Cami nie wygaduj takich głupstw... Czy nie słuchałaś dokładnie moich słów wypowiedzianych jakichś kilka godzin temu? Ja już czuję się odpowiedzialny za ciebie i twoje dziecko... A jeżeli zgodzisz się zostać moją... żoną, to pokocham je jak swoje własne... Zresztą nie ma co się nad tym rozwodzić, najważniejsze jest to o co mam zamiar cię teraz zapytać... Czy ty mnie w ogóle kochasz?
Zatkało mnie... Najzwyczajniej w świecie Ashton znów mnie zaskoczył… Nie spodziewałam się tego pytania z jego ust… W każdym razie trafił sedno, gdyż wszyscy dobrze wiemy, że bez miłości nie można tworzyć prawdziwego związku, o małżeństwie to już nawet nie wspomnę… Pytanie niby banalne… Wystarczy odpowiedzieć tylko jedno trzyliterowe słowo… Ale najpierw trzeba wybrać pomiędzy dwoma całkowicie sprzecznymi… No więc? Camilo czy ty kochasz Ashton’a? – mój wewnętrzny głos się obudził… Miejmy nadzieję, że przyniesie więcej pożytku niż szkód. Przypomnij sobie dzień, w którym widziałaś jego załamanie… Kiedy mogłaś widzieć jego bezradność i rozpacz... Przypomnij sobie ten moment, w którym cię uratował… Kiedy ryzykował swoje zdrowie bijąc się z Jasonem… A obiad w jego domu… Razem z jego przecudowną mamą… A szczera rozmowa na wrzosowisku, w której wyznał ci wszystko… Otworzył się tylko przed tobą… Wyznał całą prawdę jedynie tobie… Czy to nie ma żadnego znaczenia?? Przypomnij sobie swoją obietnicę… Dotrzymałaś jej… Poznałaś tajemnice Ashton’a. Wpłynęłaś na niego… Nie jest już tą samą osobą, którą był te trzy miesiące temu… Tego właśnie chciałaś? Czy nie sprawiło ci to radości, satysfakcji? Czy oglądanie jego uśmiechu i błyszczących, brązowych oczu nie jest dla ciebie spełnieniem marzeń? Dobrze wiesz, że Ashton będzie wspaniałym, opiekuńczym mężem i ojcem… Owszem… miłość do Harry’ego nie zniknie ot tak, ale… On też już zaczął układać sobie życie… Niespełna dwa miesiące dzielą go od jego ślubu z Caroline… Później ona urodzi mu dziecko i będę szczęśliwą rodziną… Ale ty nie będziesz się tym przejmować, gdyż będziesz zajęta swoim szczęściem z Ashton’em i maluszkiem…
- Cami, prosta odpowiedź. Tak lub nie... – tym razem usłyszałam prawdziwy i dobrze znany mi głos… Wzięłam głęboki oddech i bez żadnych zahamowani odpowiedziałam…
- Tak.
Nie da się opisać tego, co się działo, kiedy do Ashton’a dotarło to, co powiedziałam. Ten błysk w jego oczach, te białe zęby wyszczerzone w szerokim uśmiechu…
Chłopak gwałtownie wstał z łóżka i podszedł do mnie. Bez zawahania klęknął przede mną, po czym wziął moją prawą dłoń i złożył na niej subtelny pocałunek...
- Ja ciebie też kocham Cam... Najbardziej na świecie... - po tych słowach spojrzał mi prosto w oczy i zbliżył swoją twarz na niebezpieczną odległość. Już miałam się cofnąć kiedy nagle jakaś siła nie wiadomo skąd zatrzymała mnie w miejscu. Nasze usta w końcu się zetknęły... Przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz... Przyznam szczerze, że już bardzo dawno nie czułam się tak, hmm, przyjemnie? Chyba to słowo najbardziej pasuje do całej sytuacji... Zamknęłam oczy... Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia dlaczego... Po prostu to wszystko było chyba zbyt cudowne... Uniosłam swoje ręce i zarzuciłam je na jego kark, a palce wplotłam między kosmyki jego dość długich loków...
- Tak... Tego było mi trzeba... Miłość jest najlepszym lekarstwem na złamane serce...
- Idiotko to, akurat każde dziecko wie...
-No więc dlaczego wcześniej na to nie wpadłam?
- Wpadłaś, tylko nie chciałaś dopuścić do siebie tej myśli...
- Dlaczego prowadzę jakiś wewnętrzny dialog sama ze sobą skoro powinnam się skupić na...
- Pocałunku z Ashton'em...
- Zamknij się kimkolwiek jesteś...
To uciszenie pomogło... Już nie słyszałam w głowie żadnych głosów i od razu zaznaczam, że nie potrzebuję numeru do psychologa... Teraz w pełni mogłam się oddać temu niesamowitemu uczuciu...
Niestety, ale chwilę później musiałam odsunąć się od chłopaka, gdyż powoli brakowało mi tchu... Ashton ponownie spojrzał mi w oczy, a ja czułam jak powoli na moje policzki wkrada się siarczysty rumieniec...
- Zgłodniałem, a ty? - powiedział ni stąd ni zowąd, czym ogromnie mnie rozśmieszył... Idealna chwila na takie wyznania... Podniosłam się z łóżka, złapałam go za rękę i bez słowa pociągnęłam za sobą. Zeszliśmy na dół trzymając się za ręce, a w kuchni zastaliśmy ciocię. Powoli wypuszczałam dłoń Ash'a kiedy nagle jego uścisk nasilił się. Spojrzałam na niego, ale nie wyczytałam z jego twarzy żadnych negatywnych emocji, dlatego odetchnęłam z ulgą... Po prostu nie wstydzi się swoich uczuć do mnie i nie chce ich ukrywać...
- Witajcie moi drodzy! Dobrze wam się spało? - spytała ciotka, a ja od razu się zarumieniłam... Fakt, że Ashton spał w moim łóżku i to w dodatku razem ze mną, był troszeczkę krępujący... Kiedy ja zastanawiałam się nad odpowiedzią, Ashton odsunął dla mnie krzesełko przy stole, i w międzyczasie już odpowiedział ciotce.
- Mnie się spało bardzo dobrze.
Po tych słowach poczułam, jak rumienią mi się już nie tylko policzki, ale też szyja, a nawet uszy! Oczywiście nie uszło to uwadze mojej kochanej cioci, która od razu, gdy to zauważyła, wybuchła
śmiechem...
- Już sobie idę... Nie będę was krępować... - wydukała przez śmiech i opuściła pomieszczenie... Spuściłam głowę z zażenowania, a Ashton od razu położył mi swoją dłoń na ramieniu...
- Wspaniała kobieta. - powiedział cicho i również się roześmiał. Mi nie pozostało nic innego, jak do niego dołączyć, dlatego po chwili sama ocierałam łzy z kącików oczu. W końcu kiedy już się ogarnęliśmy, wstałam z krzesełka i zabrałam się za przygotowywanie śniadania... Zrobiłam mnóstwo naleśników i wyjęłam z lodówki przeróżne dodatki... Ashton z niepokojem przyglądał się mojemu talerzowi... No szczerze mówiąc, to nie jest normalnym nakładanie sobie na naleśnika nutelli, dżemu truskawkowego i pokrojonych w plasterki ogórków kiszonych ale co poradzę, że na takie smaki akurat miałam ochotę? Kiedy zjadłam drugiego naleśnika zawierającego te same dodatki, i to z uśmiechem na twarzy, Ashton przestał się już dziwić i sam zaczął konsumować swoją porcję... Jedzenie śniadania minęło nam w bardzo miłej atmosferze... Tak jakby fakt, że zostaliśmy narzeczeństwem, zbliżył nas do siebie… Nie no oklaski mi się należą. Przecież to chyba jest normalne zjawisko… Wkroczenie w nowy etap… Wprawdzie my nie byliśmy nawet oficjalnie parą, ale… Nie czepiajmy się szczegółów…
Po zjedzeniu śniadania wstawiłam zabrudzone naczynia do zmywarki i poszłam do salonu, gdzie siedział już Ashton z moją ciocią. Nie podsłuchiwałam, więc nie miałam zielonego pojęcia o czym rozmawiali, ale na ich twarzach widziałam ogromne podekscytowanie... Nie chciałam być wścibska, więc o nic nie dopytywałam, tylko usiadłam na kanapie z nadzieją, że czegoś się dowiem... Niestety w momencie kiedy tylko zajęłam swoje miejsce obok cioci, nagle wszystko ucichło nastąpiła zmiana tematu... Śmiem podejrzewać, że rozmawiali o mnie, ale stu procentowej pewności nie mam...
- Dobrze kochani, ja idę się zbierać, bo za pół godziny mam do pracy... Powinnam wrócić przed dwudziestą drugą... - po tych słowach ciocia wstała i opuściła pokój. W tym samym momencie Ashton znalazł się obok mnie i zaproponował mi, żebyśmy również wyszli na miasto... Zerknęłam na niego i zauważyłam, że jest niemalże zachwycony swoim pomysłem, dlatego nie miałam serca mu odmówić... Musiałam tylko wrócić do pokoju i ciepło się ubrać, gdyż jakby nie patrzeć, zaczął się drugi tydzień grudnia... Poinformowałam go o tym i w ekspresowym tempie – na ile to było wykonalne w wiadomych okolicznościach - znalazłam się na górze. O dziwo nie miałam jakiegoś większego problemu z doborem ciuchów, dlatego dziesięć minut później byłam z powrotem... Poinformowałam ciocię o tym, że wychodzimy i razem z Ash'em opuściliśmy mieszkanie. Szliśmy powolnym krokiem i rozmawialiśmy, kiedy nagle poczułam jak jego ciepła dłoń wsuwa się w moją własną. Ten gest tak mnie zaskoczył, że nieświadomie cofnęłam rękę. Oczywiście Ashton natychmiast się speszył i ucichł. Zrobiło mi się głupio, dlatego chwilę później sama delikatnie ujęłam jego dłoń w swoją. Ashton spojrzał na mnie i uśmiechnął się tak ciepło, aż miałam wrażenie, że moje serce topnieje... Dalej szliśmy już bez żadnych spięć, rozmawiając na różne tematy. W końcu dotarliśmy przed sklep, do którego zmierzaliśmy. Weszłam do środka trochę niepewnie, jednak Ashton nie pozwolił mi na dalszą nieśmiałość. Trzymając nadal moją dłoń, pociągnął mnie delikatnie w głąb sklepu. Przyglądałam się każdej wystawce bardzo długo... Widok malutkich śpioszków, skarpetek, bucików i czapeczek niemalże mnie wzruszał... Zawsze kochałam małe dzieci, ale teraz, kiedy miałam świadomość, iż tylko cztery miesiące dzieli mnie od ujrzenia mojego maleństwa, to uczucie jeszcze bardziej przybrało na swojej sile. Wyszliśmy ze sklepu godzinę później z dwoma siatkami. Nie mogłam się oprzeć i kupiłam kurteczkę, czapeczkę, cieplejsze buciki, kocyczek i kolejną książkę o ciąży i wychowywaniu maluszków. Ale to tylko moje zakupy… Ashton, jako przyszły tatuś postanowił też coś kupić i tym oto sposobem moje jeszcze nienarodzone maleństwo otrzymało średniej wielkości brązowego misia... Te jego widoczne starania sprawiały mi wielką radość oraz ogólne rozczulenie i choć gdzieś tam daleko w mojej podświadomości istniała myśl, że to Harry powinien chodzić ze mną na zakupy i szykować prezenty dla swojego dzieciątka, to cieszyłam się z tego, że na swojej poplątanej drodze życiowej spotkałam Ashton'a.
W drodze powrotnej mój towarzysz postanowił jeszcze zajrzeć do sklepu jubilerskiego. Zaskoczona zerkałam na niego co chwilę, jednak on niewzruszony z uśmiechem od ucha do ucha pewnie wszedł do budynku.
Wnętrze pomieszczenia było bardzo jasne, gdyż na każdej ścianie błyszczały małe lampeczki, a oprócz tego wszędzie pobłyskiwały różnego rodzaju biżuterie...
- Witam państwa! W czym mogę pomóc? - spytała kobieta w średnim wieku stojąca za małym biurkiem...
- Dzień dobry. Chcielibyśmy obejrzeć jakieś bransoletki lub pierścionki. - odparł neutralnie chłopak i obdarzył ją czarującym uśmiechem.
- Proszę bardzo... Kiedy się państwo na coś zdecydują, proszę powiedzieć.
Podeszliśmy do jednej gablotki, a ja natychmiast szeptem spytałam:
- Ash co Ty wyprawiasz? - byłam zdezorientowana, gdyż nie planowaliśmy niczego takiego, i przerażona widniejącymi cenami... Ashton spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział:
- Kupiliśmy tyle rzeczy dla maleństwa... Tobie też się coś należy...
Szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Nie zastanawiając się nawet stanęłam na palcach i cmoknęłam go w policzek, Nie ukrywał, że mile go tym zaskoczyłam.
- Kochanie największym prezentem jest spędzony czas z tobą… Nie musisz tracić pieniędzy ze względu na mnie… - mimo mojego szczerego zapewnienia Ashton kazał mi się uciszyć i wybrać coś co mi się spodoba. Zrezygnowana zerknęłam za szklaną szybę zaczęłam szukać czegoś najtańszego... Ash i tak dużo dla mnie zrobił... Tak jak już wcześniej wspomniałam… Sama jego obecność mi wystarcza i nie potrzebuję żadnych prezentów… Fakt, że mnie kocha, chce być ze mną i opiekować się moim maleństwem, to już jest ogromny podarunek, wprawdzie niematerialny, ale kto powiedział, że taki właśnie musi być… Niestety chłopak nie chciał nawet słyszeć o żadnych sprzeciwach... Jeszcze kilka razy próbowałam go odwieść od tego pomysłu, ale nic tym nie wskórałam. Mój… narzeczony oznajmił, że nie wyjdziemy stąd dopóki czegoś nie wybiorę. Po długich oględzinach zdecydowałam się na skromniutki, srebrny pierścionek z jednym małym kryształkiem na środku w przyzwoitej cenie. Tym razem to Ash zaczął się spierać ze mną… Powiedział, że stać go na jakiś drogocenny pierścionek, a ja wybrałam jeden z najtańszych, ale pokazałam, że też potrafię być uparta… Z resztą skromne pierścionki i tak podobają mi się najbardziej… Po długich „konsultacjach” dokonaliśmy zakupu i wreszcie mogliśmy opuścić sklep... Kiedy tylko wyszliśmy, zimny wiatr owionął nasze ciała, przez co wbrew swojej woli zaczęłam dygotać. Ashton, widząc to, objął mnie swoim długim ramieniem i przyciągnął do siebie. Od razu zrobiło mi się cieplej i to w takim stopniu, że na moje policzki wystąpiły delikatne rumieńce, chociaż może to z zawstydzenia… Jakoś nie zdołałam się jeszcze przyzwyczaić do okazywania sobie czułości publicznie… No, ale miejmy nadzieję, że to przyjdzie z czasem.
Szliśmy tak przytuleni do siebie, aż minęliśmy małą restauracje. Ashton stwierdził, iż lepiej będzie, gdy zjemy na mieście, gdyż nie będę musiała później stać przy garach i gotować obiadu... Wprawdzie gotowanie było dla mnie przyjemnością, a jedzenie w restauracjach to strata pieniędzy, ale wiedziałam, że nawet jeśli wyraziłabym sprzeciw, to i tak chłopak postawiłby na swoim… Nie pozostało mi nic innego, jak tylko się zgodzić... Miałam jednak nadzieję, że takie „akcje” nie zdarzają się chłopakowi zbyt często, gdyż przez taką, hmmm, rozrzutność w końcu zbankrutuje… Jakby nie patrzeć, to za większość rzeczy płacił on mimo moich licznych zakazów... Weszliśmy do środka i od razu zajęliśmy najbliższy, dwuosobowy stolik. Rozejrzałam się dookoła i od razu zwróciłam uwagę na to, że oprócz nas nie ma tu żadnych innych osób... Nie powiem, ale czułam się z tym jakoś tak bardziej komfortowo... Zdjęliśmy swoje wierzchnie ubrania i usiedliśmy przy wybranym stoliku. Zaczęliśmy rozmawiać, ale po chwili przy nas pojawił się kelner, a my bez dłuższego zastanawiania się złożyliśmy zamówienie. Kiedy tylko mężczyzna zniknął w kuchni,
Ashton wstał ze swojego miejsca i klęknął przede mną... Moje serce zaczęło bić szybciej, a moja twarz po raz kolejny tego dnia wyrażała ogromne zdziwienie...
- Cami... Z racji tego, że nie oświadczyłem ci się tak jak przystało, postanowiłem to naprawić... - wyciągnął z kieszeni czerwone pudełeczko i otworzył je, a moim oczom ukazał się wybrany przeze mnie pierścionek... Na początku patrzyłam na niego z lekkim niedowierzaniem i jakiegoś rodzaju politowaniem, gdyż nie musiał się dla mnie aż tak starać. Jednak chwilę później ogromny uśmiech zagościł na mojej twarzy, a w oczach pojawiły się łzy szczęścia i wzruszenia... – Camilo Evans czy... zostaniesz moją żoną? - zadał pytanie, a ja tym razem bez żadnego zawahania się zgodziłam. Wzięłam jego twarz w swoje dłonie i złożyłam delikatny i subtelny pocałunek na jego pełnych wargach…
- A teraz już usiądź na swoim miejscu... – wyszeptałam i zachichotałam.
Wykonał moje „polecenie”, nawet z bonusem. Co mam na myśli?? Mój ukochany, najbardziej oficjalnie narzeczony wstał ze swoich kolan, pocałował mnie bardziej, ekhem, namiętnie i dopiero wtedy zajął miejsce na swoim krześle. Oczywiście nie obyło się bez rumieńców na mojej twarzy.. No ale taka już moja natura...
Zawsze myślałam, że takie sytuacje mają miejsce tylko w filmach... Ewentualnie w książkach… Myliłam się i to bardzo... Potwierdzeniem jest tych kilka zdań wyżej... W prawdzie do tej pory mam jakieś zachwiania emocjonalne i nie wierzę, że jestem czyjąś narzeczoną, a jednak jedno spojrzenie na krążek umieszczony na moim palcu jest najprawdziwszy na świecie...
Z racji tego, że byliśmy jedynymi gośćmi tej restauracji otrzymaliśmy nasze dania dość szybko, co było ogromnym plusem, gdyż po długim spacerze i wszystkich wydarzeniach byłam bardzo głodna. Zaczęliśmy zajadać własne dania, co jakiś czas wymieniając się jakimiś opiniami lub zwykłymi informacjami. Ot zwyczajna rozmowa o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie usłyszałam charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. Z racji tego, że siedziałam tyłem nie miałam pojęcia kim były lub była osoba, która weszła. Jednakże w tej samej chwili twarz Ashton'a pobladła, a jego ręka zastygła z widelcem przy ustach i już wiedziałam, że coś tu jest na rzeczy. Wprawdzie miałam świadomość tego, że takie oglądanie się jest dość niekulturalne, ale ciekawość wygrała. Odwróciłam głowę w stronę wejścia i ujrzałam, na pierwszy rzut oka, normalną dziewczynę. Była średniego wzrostu i nie wyróżniała się jakimś ekstrawaganckim strojem czy czymś podobnym. Jednak kiedy przyjrzałam się jej dokładniej, dostrzegłam coś, czego wcześniej nie byłam w stanie zauważyć. Ona 
wyglądała jakby była moją siostrą bliźniaczką, dosłownie, różniło nas tylko to, że  miała o wiele krótsze włosy… No i nie była w ciąży. Połączyłam wszystkie fakty ze sobą i w mojej głowie stworzyła się jedna całość. Byłam świadoma tego, że w tym właśnie momencie moje oczy oglądają niejaką Emily, byłą narzeczoną Ashton’a... Kiedy to do mnie dotarło, mój humor od razu uległ zmianie. Nagle stałam się spięta i zdenerwowana… Wcale nie dziwiłam się Ashton’owi, że tak zareagował.
Dziewczyna powiedziała coś kelnerowi i ruszyła w naszym kierunku... W momencie kiedy mijała nasz stolik, jej wzrok mimochodem skierował się na Ashton’a. Z wrażenia, aż przystanęła. Czyżby nie spotkali się od tamtego incydentu? Nie... To niemożliwe... W jednej i tej samej miejscowości... Przecież ich drogi musiały się jakoś przecinać..
- A… Ashton... - wyszeptała tylko i na dłuższą chwilę zamilkła. W jej oczach widziałam ból, a nawet wielką rozpacz... - Ja... Nawet nie wiesz ile razy chciałam do ciebie wpaść... - zaczęła mówić nie zwracając w ogóle uwagi na mnie... No nie powiem, ale to jeszcze bardziej mnie zirytowało… Ja nie jestem niewidzialna… Od razu posiłek, który przed chwilą zjadłam jakby zaczął się cofać… Zerkałam to na Emily to na Ashton’a, ale oni w tamtym momencie byli nieobecni… Wpatrzeni w swoje oczy, niepewni tego co mogą powiedzieć, a co lepiej zachować dla siebie… Miałam ochotę wstać i stamtąd wyjść... Czułam się jak piąte koło u wozu... Nie chciałam im przeszkadzać... W mojej głowie już widziałam piękny scenariusz… Widziałam jak sobie wszystko tłumaczą i się godzą, i... znów zostaję sama... Zdradzona i niekochana... Hah. To aż absurdalne, ale mam wrażenie, że takie uczucie będzie mi towarzyszyć już zawsze… Do końca moich dni... W momencie kiedy ja o tym myślałam, Emily znów zaczęła się produkować i wszystko wyjaśniać, a Ashton patrzył na nią z niedowierzaniem, ale też dostrzegałam w jego oczach cień dawnej miłości... I wtedy coś we mnie pękło. Miałam wrażenie, że po raz drugi wali mi się cały świat… Po raz drugi, kiedy wszystko zaczęło się dobrze układać, ktoś inny musiał to zniszczyć. Nie myśląc dłużej zsunęłam pierścionek ze swojego palca, położyłam go na stoliku,
wstałam i wyszłam pośpiesznym krokiem ze łzami w oczach... Najwidoczniej nie zasługuję na prawdziwą miłość... Z każdym szybszym krokiem moja rozpacz i żal zamieniały się w niepohamowany gniew… (Owszem podczas ciąży i jakieś dwa miesiące po porodzie kobiety ciężarne mają ogromne wahania nastrojów, więc to normalne…) I dobrze! Bardzo dobrze!! Prawdziwie kochać będę tylko swoje maleństwo i nikogo więcej!!! Z takimi postanowieniami maszerowałam energicznie, z dwoma siatkami zakupów, a ponad to wylewałam łzy... Nie wiem czemu? Może dlatego, że uwierzyłam, iż mogę być jeszcze szczęśliwa i kochana... Tak, tak... Jestem głupia i bezmyślna, i...
- Camila zaczekaj! - usłyszałam za sobą krzyk Ashtona... I choć rozum kazał iść dalej, to wbrew wszystkim prawom natury serce przejęło kontrolę nad moimi nogami i się zatrzymałam... Chłopak dogonił mnie w jednej chwili i zdyszany odwrócił moje ciało w swoją stronę...
- Myślisz, że... po tym wszystkim... co się wydarzyło między nią..., a mną... mógłbym ją jeszcze kochać? Myślisz, że w dniu kiedy wyznałem ci miłość i się oświadczyłem mógłbym ot tak cofnąć wszystko i wrócić do Emily na jej jedno skinienie? Bo jeżeli tak myślisz to jesteś w ogromnym błędzie... Kocham ciebie! To ty wyleczyłaś mnie z tej chorej miłości do niej... Teraz zależy mi tylko i wyłącznie na tobie oraz na twoim maluszku... - po tych słowach ujął moją twarz w swoje dłonie i złączył nasze usta w pocałunku... Gdybym tylko mogła, to zatopiłabym swoje palce w jego miękkich, długich włosach, ale na moje nieszczęście w obydwu dłoniach trzymałam te przeklęte siatki z zakupami... Ja naprawdę jestem głupia… Jak ja w ogóle mogłam pomyśleć, że ktoś taki jak Ash, byłby w stanie zrobić coś takiego? Wbrew pozorom znałam odpowiedź na to pytanie… Pomyślałam tak tylko dlatego, że swój tok myślenia kierowałam maksymą „stara miłość nie rdzewieje”. Na szczęście nie zawsze stare przysłowia się sprawdzają…
 Nie chciałam kończyć naszego pocałunku, ale jeszcze chwila i mogłabym się udusić... Ashton zabrał zakupy ode mnie, po czym wręczył mi pierścionek, który zostawiłam w restauracji...
- Moja ty kochana wariatko… My naprawdę się dzisiaj oficjalnie zaręczyliśmy… I ty byłaś w stanie pomyśleć, że... - tym razem to ja mu przerwałam i złożyłam na jego ustach krótki lecz subtelny pocałunek...


*********************************************************************************
Witajcie! Piszę tę notkę tylko i wyłącznie dlatego, żeby przeprosić Was za to, że poprzedni rozdział był bez żadnych gifów, ale jakoś nie mogłam znaleźć odpowiednich... Mam nadzieję, że dzisiaj wszystko nadrobiłam! Jeszcze tylko sześć rozdziałów i EPILOG! Cieszycie się? Czy może wręcz przeciwnie?? Ja z jednej strony się cieszę, a z drugiej jestem zrozpaczona... No, ale coś się kończy, a coś się zaczyna... Bądźmy dobrej myśli, że w niedalekiej przyszłości (jak już ogarnę pierwszy miesiąc w liceum i szkole muzycznej) zacznę pracę nad czymś nowym... Czekam na jakieś opinie i komentarze! <3